— Skąd to wiesz?
— Ponieważ z nim rozmawiałem. Wówczas się nad tym nie zastanawiałem i nie przyszłoby mi to do głowy, gdyby nie list, ale teraz jestem pewny. Spotkałem się z nim w pociągu we wtorek. Mówił, że jest dziennikarzem. Wierzyłem mu wtedy. Chciał się dowiedzieć dla „New York Press” czego się da o Grasantach i ich „zbrodniach”, jak to nazwał. Zadawał mi rozmaite pytania, żeby zdobyć coś do gazety. Możecie być pewni, że nic nie powiedziałem. „Zapłaciłbym i to dobrze — powiedział — gdybym dowiedział się czegoś, co odpowiadałoby mojemu wydawcy”. Powiedziałem mu coś, o czym sądziłem, że będzie się mu podobać, a on wręczył mi czek na dwadzieścia dolarów w nagrodę za moje informacje. „Dostanie pan dziesięć razy tyle — rzekł — jeśli postara pan się o to, o co mi chodzi”.
— I co mu wtedy powiedziałeś?
— Nazmyślałem różnych rzeczy.
— Skąd wiesz, że to nie był dziennikarz?
— Powiem wam. Wysiadł w Hobson’s Patch i ja też. Tak się złożyło, że wszedłem do urzędu telegraficznego w chwili, kiedy właśnie stamtąd wychodził. „ Niech pan spojrzy — rzekł urzędnik po jego wyjściu — za coś takiego powinniśmy pobierać podwójną opłatę” „Myślę, że tak” — odpowiedziałem. Wypełnił blankiet czymś, co było dla nas chińszczyzną. „Codziennie wysyła całą taką stronę” — rzekł urzędnik. „Tak — powiedziałem. — To specjalne wiadomości dla jego gazety i boi się, żeby ktoś ich nie przechwycił”. Tak myślał telegrafista i ja wtedy też tak myślałem, ale dziś myślę całkiem inaczej.
— Jestem pewny, że masz rację! — rzekł McGinty. — Ale jak sądzicie, co powinniśmy zrobić?
— Może go sprzątnąć od razu? — poddał ktoś.
— Tak, im wcześniej, tym lepiej.
— Wyruszyłbym natychmiast, gdybym wiedział, gdzie go szukać — powiedział McMurdo. — Jest w Hobson’s Patch, ale nie wiem, gdzie dokładnie mieszka. Mam jednak pewien plan, jeśli się na niego zgodzicie.