— A więc?
— Wybiorę się jutro rano do Patch. Odszukam go przez urzędnika w biurze telegraficznym. Przypuszczam, że zna jego adres. Pójdę do niego i powiem, że sam należę do Wolnych Ludzi i za odpowiednią sumę przekażę mu wszystkie sekrety loży. Możecie być pewni, że się na to złapie. Powiem, że dokumenty mam w domu, ale zbytnio obawiam się o życie, żeby pozwolić mu przyjść, kiedy w pobliżu kręcą się ludzie. Na pewno przyzna mi rację. Powiem, żeby przyszedł do mnie o dziesiątej w nocy, a wtedy wszystko mu pokażę. Jestem przekonany, że się zgodzi.
— I co dalej?
— Resztę obmyślicie sami. Dom wdowy MacNamara stoi na uboczu. Ona jest lojalna jak pies i głucha jak pień. W domu mieszkamy tylko we dwóch ze Scanlanem. Jeśli ten człowiek, że przyjdzie — a dam wam znać, jeśli tak się stanie — przyjdziecie do mnie w siedmiu o dziewiątej. Wpuszczę go do domu, a jeśli wyjdzie żywy... no, to Birdy Edwards do samej śmierci będzie mógł się chwalić swoim niezwykłym szczęściem.
— Będzie wkrótce do wolna posada u Pinkertonów, jeśli się nie mylę — rzekł McGinty. — A zatem postanowione, McMurdo. Jutro o dziewiątej będziemy u ciebie. Gdy tylko zamkniesz za nim drzwi, resztę możesz nam pozostawić.
Rozdział XIV. Zasadzka na Birdy’ego Edwardsa
McMurdo miał słuszność. Dom, w którym mieszkał, stał na uboczu i znakomicie nadawał się do uplanowanej zbrodni. Stał na skraju miasta, z dala od gościńca. W każdym innym wypadku spiskowcy wywołaliby po prostu swoją ofiarę, jak to już nieraz bywało, i podziurawiliby kulami, ale tym razem musieli koniecznie dowiedzieć się, co wie, w jaki sposób zebrał informacje i o czym powiadomił swoich pracodawców. Możliwe, że już było za późno i że zdążył już wykonać swoje zadanie. W tym wypadku mogli się przynajmniej na nim zemścić. Mieli jednak nadzieję, że detektyw nie dowiedział się jeszcze o niczym szczególnie ważnym, gdyż wówczas, jak sądzili, nie zadawałby sobie trudu wysyłania depeszy z takimi błahostkami, jakie podał mu McMurdo. Ale o tym mogli się dowiedzieć tylko od niego samego. Kiedy tylko dostaną go w swoje ręce, znajdą sposób, żeby zmusić go do mówienia. Nie pierwszy raz mieli do czynienia z opornym świadkiem.
Tak jak ustalili, McMurdo udał się do Hobson’s Patch. Wydawało się, że tego ranka policja szczególnie się nim interesowała, a kapitan Marvin, który podawał się za starego znajomego z Chicago, zagadnął go nawet, kiedy czekał na dworcu na pociąg. McMurdo odwrócił się i nie chciał z nim mówić. Po południu wrócił z misji i spotkał się z McGintym w Domu Związkowym.
— Przyjdzie — rzekł.
— Dobrze — rzekł McGinty. Olbrzym stał z zakasanymi rękawami. Na obszernej kamizelce błyszczał łańcuszek od zegarka i breloki, a spod postrzępionej brody połyskiwała diamentowa spinka. Bar i polityka zrobiły z Szefa człowieka bogatego i potężnego. Tym groźniejsze było dla niego widmo szubienicy lub więzienia, które stanęło przed nim ubiegłej nocy.