— Myślisz, że dużo wie? — zapytał z niepokojem.
McMurdo z ponurą miną pokiwał głową.
— Jest tu już od jakiegoś czasu, co najmniej od sześciu tygodni. A myślę, że nie przyjechał dla przyjemności. Jeśli pracował wśród nas przez cały ten czas, rozporządzając pieniędzmi towarzystw kolejowych, należy się spodziewać, że zebrał sporo wiadomości i przekazał je dalej.
— W naszej loży nie ma słabych ludzi! — zawołał McGinty. — Wszyscy są pewni jak stal. A jednak... na Boga... ten tchórz Morris! Co o nim sądzisz? Tylko on mógłby nas wydać. Mam ochotę posłać do niego kilku chłopców jeszcze przed wieczorem, żeby kijami wydobyli od niego wszystko, co wie.
— To by nie zaszkodziło — odpowiedział McMurdo. — Nie przeczę, że mam słabość do Morrisa i byłoby mi przykro, gdyby stała mu się krzywda. Rozmawiał ze mną raz czy dwa razy o sprawach loży i chociaż nie zapatrywał się na nie tak jak ja i pan, nie sądzę, żeby był donosicielem. Ale to nie moja rzecz stawać między panem i nim.
— Zajmę się tym starym łajdakiem — rzekł McGinty z przekleństwem. — Cały rok mam go na oku.
— Pan wie najlepiej, co robić — odpowiedział McMurdo. — Ale cokolwiek pan zrobi, trzeba to odłożyć do jutra, bo musimy unikać rozgłosu, dopóki nie załatwi się sprawy z Pinkertonem. Nie możemy właśnie dziś stawiać policji na nogi.
— Masz rację — rzekł McGinty. — Dowiemy się od samego Birdy’ego Edwardsa, kto przekazał mu informacje, choćbyśmy musieli wydrzeć mu serce z piersi. Czy nie podejrzewał zasadzki?
McMurdo roześmiał się.
— Znalazłem jego słabą stronę — rzekł. — Gotów jest na wszystko, byleby wpaść na trop Grasantów. Wziąłem od niego pieniądze — McMurdo uśmiechnął się szyderczo, wyjmując plik banknotów dolarowych — i obiecał, że da mi drugie tyle, kiedy przejrzy moje dokumenty.