Gospodarz postawił na stole whisky, a oni zabrali się do niej przed czekającą ich robotą. Baldwin i Cormac byli już podpici, a trunek wydobył na wierzch całą ich dzikość. Cormac położył na chwilę ręce na kominku, w którym palił się ogień, gdyż noce były jeszcze chłodne.

— To się przyda — zauważył z przekleństwem.

— Aha! — dorzucił Baldwin, zrozumiawszy go. — Jeśli się go przywiąże do pieca, wyśpiewa wszystko...

— Nie ma obawy, wydobędziemy z niego prawdę — rzekł McMurdo. Miał nerwy ze stali, bo chociaż powodzenie całej sprawy zależało wyłącznie od niego, jego zachowanie było równie spokojne i opanowane jak zawsze. Inni zauważyli to z zadowoleniem.

— Ty sobie z nim poradzisz — powiedział z uznaniem Szef. — Nie będzie niczego podejrzewał, dopóki nie chwycisz go za gardło. Szkoda, że tu nie ma okiennic.

McMurdo przeszedł od okna do okna i dokładnie zasunął kotary.

— No, teraz nas nikt nie podpatrzy. Godzina się zbliża.

— Może nie przyjdzie? Może zwęszył niebezpieczeństwo? — rzucił sekretarz.

— Przyjdzie, nie ma obawy — odpowiedział McMurdo. — Śpieszy mu się tak, jak i wam. Słyszycie?

Siedzieli jak figury z wosku, ze szklankami zatrzymanymi w pół drogi do ust. Trzy razy głośno zapukano do drzwi.