— Sza!

McMurdo ostrzegawczo uniósł dłoń. W oczach zebranych wokół stołu pojawił się wyraz zadowolenia, a ręce spoczęły na ukrytej broni.

— Ani pary z ust, jeśli wam życie miłe! — szepnął McMurdo, wychodząc z pokoju i zamykając drzwi za sobą.

Wszyscy czekali z nastawionymi uszami. Liczyli kroki McMurdo w korytarzu. Potem usłyszeli otwieranie drzwi zewnętrznych, kilka słów przywitania. A potem czyjeś kroki wewnątrz domu i jakiś obcy głos. W chwile później zatrzaśnięto drzwi i przekręcono klucz w zamku. Zdobycz wpadła w pułapkę. Tygrys Cormac zaśmiał się straszliwie, ale mistrz McGinty położył mu na ustach swoją wielką dłoń.

— Cicho, głupcze! — szepnął. — Jeszcze nam wszystko popsujesz.

Z sąsiedniego pokoju dochodził szmer rozmowy. Zdawała się przeciągać w nieskończoność. Potem drzwi się otworzyły i wszedł McMurdo z palcem na ustach.

Podszedł do stołu i wodził spojrzeniem po twarzach mężczyzn. Zaszła w nim jakaś nieuchwytna zmiana. Zachowywał się jak człowiek, który ma dokonać wielkiego dzieła. Na jego twarzy malował się granitowy spokój. Oczy zza okularów błyszczały dzikim podekscytowaniem. Stał się widocznym panem sytuacji. Spoglądali na niego w najwyższym napięciu, ale on milczał, tylko tym samym, szczególnym wzrokiem wodził kolejno po wszystkich zebranych.

— No i co? — zawołał w końcu McGinty. — Jest tu? Czy Birdy Edwards jest tutaj?

— Tak — odpowiedział powoli McMurdo. — Birdy Edwards jest tutaj. Birdy Edwards to ja!

Przez dziesięć sekund po tym krótkim wyznaniu panowała tak głęboka cisza, że mogło się zdawać, że w pokoju nikogo nie ma. Syczenie gotującego się na kominku kociołka nieprzyjemnie raziło ucho.