— Nie ma w tym nic dziwnego, zważywszy stan pokoju. Dobrze, Amesie. Zadzwonimy, jeśli będziecie potrzebni.

W kilka minut później byliśmy w gabinecie. Holmes przyniósł z sieni pantofle. Ich spody, jak zauważył Ames, były ciemne od krwi.

— Dziwne! — mruczał Holmes, stojąc przy oknie i przyglądając im się dokładnie. — Doprawdy, bardzo dziwne!

Szybkim, kocim ruchem położył pantofel na krwawej plamie na parapecie okna. Pasował doskonale. Uśmiechnął się w milczeniu do swoich kolegów.

Twarz inspektora zmieniła się z przejęcia. Jego rodzimy akcent grzechotał, jakby ktoś przejeżdżał kijem po parkanie.

— Człowieku! — zawołał. — To nie ulega wątpliwości. Barker sam pozostawił plamy na oknie. Znaki są znacznie szersze niż podeszwa dowolnego buta. O ile mi się zdaje, mówił pan o płaskiej stopie... Oto wyjaśnienie. Ale po co to zrobił, panie Holmes? Po co to zrobił?

— Tak, po co to zrobił? — powtórzył mój przyjaciel zamyślony.

White Mason zachichotał i zatarł pulchne dłonie z zadowoleniem zawodowca.

— A mówiłem, że to niezwykły przypadek! — zawołał. — I rzeczywiście niezwykły przypadek.

Rozdział VI. Zaczyna świtać