— Z jakiego powodu?

— No... — górnik ściszył głos — z powodu tych afer.

— Jakich afer?

— Wielki Boże, człowieku, aleś cudak, za przeproszeniem. W tych stronach usłyszysz tylko o jednym rodzaju afer, o aferach Grasantów40.

— Zdaje mi się, że czytałem o nich w Chicago. To banda morderców, prawda?

— Cicho, jeśli ci życie miłe! — zawołał górnik i przystanął zaniepokojony, spoglądając ze zdumieniem na towarzysza. — Człowieku, długo nie pożyjesz, jeśli będziesz się tu w ten sposób odzywał na środku ulicy! Niejednego zatłuczono kijami za mniejsze przewinienie.

— Cóż, nic o nich nie wiem. Tyle tylko, co czytałem.

— Nie mówię, że czytałeś kłamstwa — Rozglądał się nerwowo, kiedy mówił, wpatrując się w ciemności, jakby bał się jakiegoś niebezpieczeństwa. — Jeśli zabijanie jest morderstwem, to morderstw tutaj nie brakuje. Ale strzeż się wypowiedzieć w związku z nimi nazwisko McGinty’ego, bo każdy szept dochodzi do jego uszu, a on nie zapomina nigdy. Oto i dom, którego szukasz... ten trochę w tyle. Stary Jakub Shafter, który jest jego właścicielem, to jeden z najuczciwszych ludzi w mieście.

— Dziękuję — rzekł McMurdo i uścisnąwszy dłoń swojego nowego znajomego, powlókł się z walizką w ręku dróżką do pensjonatu. Stanąwszy przed drzwiami, mocno zapukał. Otworzył mu ktoś, kogo się nie spodziewał.

Była to młoda dziewczyna, niezwykle piękna, w typie Szwedki, jasna blondynka. Jej włosy tworzyły pikantny kontrast z parą cudownych, czarnych oczu. Spoglądała na obcego ze zdziwieniem i uroczym zakłopotaniem, które zabarwiło rumieńcem jej blade lica. W jasnym świetle otwartych drzwi wydała się mu najpiękniejszym w świecie obrazem, jeszcze bardziej pociągającym przez kontrast z ponurym, ciemnym otoczeniem. Uroczy fiołek rosnący na zwałach żużlu przy kopalni nie wzbudziłby w nim większego zdziwienia. Był tak onieśmielony, że patrzył na nią bez słowa. Ona pierwsza przerwała milczenie.