— Myślałam, że to ojciec — powiedziała z przyjemnym szwedzkim akcentem. — Przyszedł pan do niego? Jest w mieście, ale oczekuję go lada chwila.
McMurdo przyglądał się jej wciąż z tak niekłamanym zachwytem, że zakłopotana spuściła wzrok.
— Nie, panienko — rzekł wreszcie — Nie spieszy mi się go zobaczyć. Ale polecono mi ten dom. Miałem nadzieję, że mógłbym tu zamieszkać, i widzę, że będzie mi odpowiadał.
— Szybko się pan decyduje — zauważyła z uśmiechem.
— Musiałbym chyba być ślepy, gdyby mi się tu nie podobało.
Roześmiała się na ten komplement.
— Proszę wejść, proszę pana — rzekła. — Nazywam się Ettie Shafter, jestem córką pana Shaftera. Moja matka nie żyje i sama prowadzę dom. Może pan zaczekać przy kominku we frontowym pokoju, dopóki ojciec nie przyjdzie. Ach, otóż i on. Może pan zaraz wszystko z nim uzgodnić.
Ścieżką szedł ociężały, starszy mężczyzna. McMurdo w kilku słowach wyjaśnił mu, o co chodzi. Pewien człowiek nazwiskiem Murphy podał mu ten adres w Chicago. Miał go od kogoś innego. Stary Shafter zdecydował się prędko. Nieznajomy nie targował się i przyjął od razu wszystkie warunki; widocznie pieniędzy mu nie brakowało. Zgodził się płacić za mieszkanie i utrzymanie dwanaście dolarów tygodniowo i uiścił je z góry. W taki to sposób McMurdo, uciekający, jak sam przyznał, przed sprawiedliwością, znalazł schronienie pod dachem Shafterów, co było pierwszym krokiem w długim szeregu mrocznych wydarzeń, które miały zakończyć się w dalekim kraju.
Rozdział IX. Mistrz
McMurdo należał do ludzi, którzy potrafią szybko zwrócić na siebie uwagę. Przekonano się o tym wszędzie, gdzie się pojawił. W ciągu tygodnia stał się najważniejszą osobą u Shafterów. Mieszkało tam dziesięciu czy dwunastu gości, ale byli to uczciwi sztygarzy lub zwykli subiekci41 sklepowi, ludzie odmiennego kalibru niż młody Irlandczyk. Wieczorami, kiedy zbierali się razem, jego dowcipy były zawsze najlepsze, rozmowa z nim najciekawsza, jego śpiew najładniejszy. Był znakomitym towarzyszem zabaw i umiał budzić wesołość. A jednak od czasu do czasu zdradzał, jak w wagonie kolejowym, skłonność do nagłego, niepohamowanego gniewu, budzącego szacunek, a nawet strach w tych, którzy mu się narazili. Dla prawa i wszystkich, którzy mu służyli, okazywał pogardę, która cieszyła jednych, a niepokoiła innych z jego współlokatorów.