Tuż przed czwartą drzwi otwarły się i w progu stanął jakiś stajenny, dosyć obdarty i niechlujny, a przy tym wyglądający na podpitego, z rozwichrzoną czupryną, jasnymi bokobrodami i mocno zaczerwienioną gębą. Jakkolwiek doskonale znałem zdumiewającą umiejętność Holmesa do przedzierzgania się w różne postaci za pomocą przebrania, nie byłem jednak pewny, czy to jego mam przed sobą, dopóki nie skinął mi lekko głową, po czym znikł w drzwiach przyległej sypialni. Za pięć minut powrócił ubrany jak zwykle, bez zarzutu, w tweedowy garnitur i włożywszy ręce głęboko w kieszenie, rzucił się na fotel stojący przed kominkiem, zanosząc się ze śmiechu.
— Wybornie! — zakrzyknął, potem zakrztusił się i znów się śmiał, aż w końcu opadł na krzesło obezwładniony.
— Cóż takiego? — spytałem.
— Udało się doskonale! Ręczę, że nie zgadniesz, czym zajmowałem się dziś i jak zakończyłem mój dzień!
— Nie mam pojęcia. Zapewne śledziłeś Irenę Adler? Obserwowałeś urządzenie jej domu i jej zwyczaje?
— Naturalnie, ale przebieg zdarzeń był dość niezwykły! Pozwól, że ci to opowiem. Opuściłem dziś rano mieszkanie jako stajenny szukający pracy. Powiadam ci, wśród służby stajennej panuje ogromne koleżeństwo i solidarność iście wolnomularska. Skoro tylko należysz do ich cechu, możesz dowiedzieć się wszystkiego, czego zechcesz! Toteż bardzo prędko odszukałem Briony Lodge. Jest to dwupiętrowa willa, pieścidełko prawdziwe, z ogrodem na tyłach, przytykająca frontem wprost do ulicy. W drzwiach zamek firmy Chubb. Na dole z prawej strony znajduje się obszerny i pięknie umeblowany pokój mieszkalny, z ogromnymi, prawie do podłogi sięgającymi oknami, zamykanymi na te niedorzeczne angielskie zasuwy, które każde dziecko potrafi otworzyć. Zresztą nie ma tam nic godnego uwagi, chyba to jedno, że do okna nad drzwiami można się dostać z dachu przyległego budynku wozowni. Obszedłem willę dookoła i dokładnie obejrzałem z każdej strony, ale nie zauważyłem więcej niczego interesującego. Zapuściłem się w głąb i znalazłem stajnię w uliczce przytykającej do muru ogrodowego. Pomogłem tam stajennym w czyszczeniu koni, a w zamian otrzymałem dwa pensy, szklankę piwa, tytoniu na dwa nabicia fajki i ile tylko mogłem zapragnąć informacji o pannie Adler, nie wspominając naturalnie o tuzinie innych osób z sąsiedztwa, które nic a nic mnie nie obchodzą, a których biografii byłem zmuszony przy tym wysłuchać.
— No, a Irena Adler? — spytałem.
— O, ta zawróciła głowę wszystkim mężczyznom tej dzielnicy! Jest to najpiękniejsze stworzenie na świecie: co do tego cała stajnia przy Serpentine Avenue jest jednego zdania. Żyje jednak dosyć samotnie, śpiewa od czasu do czasu na różnych koncertach, co dzień o piątej wyjeżdża na spacer, a o siódmej wraca na obiad. O innych porach rzadko wychodzi z domu. Przyjmuje u siebie tylko jednego mężczyznę, uderzającej piękności bruneta. Przyjeżdża on do niej raz lub dwa razy dziennie i nazywa się pan Godfroy Norton z dzielnicy Temple. Widzisz, jak to dobrze mieć znajomości ze stangretami. Moi koledzy odwozili go do domu niejednokrotnie i wiedzą o nim wszystko, co potrzeba. Skoro tylko przestali gadać, zacząłem sobie spacerować w pobliżu i ułożyłem już plan kampanii.
Ten pan Norton jest w całej sprawie nie bez znaczenia. Jest on na nieszczęście prawnikiem. Jakie stosunki łączą go z Ireną Adler i jaki ma powód do częstych swoich odwiedzin u niej? Czy Irena jest jego klientką, przyjaciółką czy kochanką? Oto najważniejsze pytania, jakie sobie postawiłem. Gdyby była jego klientką, oddałaby mu bez wątpienia fotografię do przechowania. Gdyby była kochanką, no! mniej bym się tego obawiał. W każdym razie od odpowiedzi na te pytania zależało, czy mam czynić poszukiwania w mieszkaniu damy, czy też jej przyjaciela. Odpowiedź była trudna i cała sprawa zacinała się na tym punkcie. Lękam się, że te szczegóły znudzą cię, Watsonie, ale bez nich niepodobna zrozumieć sytuacji.
— Słucham cię z całą uwagą — odparłem.