— Briony Lodge, Serpentine Avenue, St. Johns Wood.
Holmes zanotował.
— Jeszcze jedno pytanie — rzekł. — Czy to była duża fotografia, formatu gabinetowego?
— Tak.
— Dobrze. Mam zatem zaszczyt życzyć waszej wysokości dobrej nocy!
Książę wstał i, skłoniwszy się nam, opuścił pokój.
— Dobranoc i tobie, Watsonie! — rzekł Sherlock do mnie, gdy ucichł już przed domem turkot książęcego ekwipażu. — Byłbym jednak bardzo rad, gdybyś jutro zaszedł do mnie o trzeciej po południu. Chętnie pomówiłbym z tobą o tej sprawie.
Przyrzekłem przybyć o umówionej godzinie i poszedłem do domu.
II.
Nazajutrz stawiłem się na Baker Street punktualnie o trzeciej, ale Holmes jeszcze nie wrócił z miasta. Gospodyni jego opowiedziała mi, że wyszedł z domu przed ósmą rano. Zasiadłem więc przed kominkiem z usilnym postanowieniem doczekania się go. Sprawa księcia zainteresowała mnie mocno, a chociaż nie miała ona tego posępnego i strasznego charakteru, który cechował inne opisane przeze mnie przygody Sherlocka, jednak właśnie ze względu na osobistości, których dotyczyła, była wyjątkowo zajmująca. Zawsze zresztą odczuwałem żywą przyjemność, mogąc obserwować mistrzowski sposób ujmowania każdej sytuacji oraz przenikliwe i śmiałe rozumowanie mego przyjaciela, śledzić subtelne metody, za pomocą których rozwikływał najbardziej nierozwiązywalne tajemnice. Byłem tak przyzwyczajony do powodzenia towarzyszącego stale wszystkim jego czynom, że myśl o porażce jakiegoś jego planu nawet nie przychodziła mi do głowy.