Holmes gwizdnął z cicha.

— Para, sądząc po dźwięku — rzekł i wyjrzał za okno. — Tak — kontynuował. — Ładny kryty powóz i para pięknych koni, każdy wart najmniej sto pięćdziesiąt gwinei. W tej sprawie są pieniądze, Watsonie, jeśli nie ma jeszcze czegoś więcej.

— Myślę, że najlepiej uczynię, jeśli już pójdę, Holmesie — rzekłem.

— Nawet o tym nie myśl, doktorze. Czułbym się zagubiony bez mojego Boswella8. A zresztą ta historia zapowiada się ciekawie. Szkoda byłoby to przegapić.

— Ale co powie twój klient?

— Z nim nie rób sobie żadnych skrupułów. Może istotnie obaj będziemy potrzebować twojej pomocy. Już idzie. Siadaj więc na powrót w fotelu i poświęć nam całą swoją uwagę.

Ciężki, powolny krok, który słychać było ze schodów i z korytarza, zatrzymał się nagle przed drzwiami. W tej chwili zapukano silnie.

— Proszę wejść! — rzekł Holmes.

Do pokoju wszedł mężczyzna liczący pewnie sześć stóp i sześć cali wzrostu9, o torsie i członkach herkulesowych. Bogaty jego ubiór zdradzał niewątpliwie zamożność, ale w sposób, który w Anglii postrzegano by jako przejaw braku gustu. Miał na sobie rodzaj krótkiego do kolan paltota, zapinanego dwurzędowo i zdobnego z przodu szmuklerską robotą, którego kołnierz, rękawy, a nawet dolna krawędź zdobna była szerokimi wyłogami karakułowymi. Narzucony na wierzch ciemnoniebieski płaszcz był podszyty jedwabiem o płomienistej barwie i spięty wielkim berylem pod szyją. Ciemne spodnie, wpuszczone w sięgające do połowy łydki cholewy bogato futrem obszytych butów, dopełniały wrażenia barbarzyńskiego przepychu, jaki bił z całego wyglądu przybysza. W ręku miał kapelusz o szerokich kresach, a czarna maska, która okrywała mu górną połowę twarzy, musiała zostać włożona dopiero w ostatniej chwili, bo wchodząc, jeszcze ją poprawiał. Wyglądał spod niej dół twarzy o wysuniętej grubej wardze dolnej oraz długim i prostym podbródku, znamionującym skrajną determinację lub upór.

— Czy pan otrzymał mój list? — zapytał głosem głębokim i ostrym, o wyraźnym niemieckim akcencie. — Uprzedziłem pana o mojej wizycie — mówiąc to, spoglądał na nas kolejno.