VIII. Siły ochotnicze z Baker Street

— Co dalej? — spytałem. — Toby przestał być nieomylny.

— Działał, jak mu instynkt wskazywał — odparł Holmes, zdjął psa z beczki na ziemię i wyprowadził go z dziedzińca. — Jeśli weźmiesz pod uwagę, ile kreozotu przewożą codziennie po ulicach, nic dziwnego, że zmyliliśmy drogę. Kreozot jest bardzo rozpowszechniony, zwłaszcza w zastosowaniu do nasycania drzewa. To nie wina biednego Toby’ego.

— Trzeba będzie teraz powrócić do pierwotnego tropu.

— Tak. Na szczęście droga nie będzie daleka. Na rogu Knight’s Place pies dlatego widocznie znalazł się w kłopocie, że rozchodziły się tam dwie drogi w różnych kierunkach. Poszliśmy złą drogą, teraz pozostaje nam udać się inną ulicą.

Wykonanie tego planu nie przedstawiało trudności. Pies, przyprowadzony na punkt rozstajny, zaczął znów kręcić się na miejscu i ostatecznie pobiegł w innym kierunku.

— Musimy uważać, żeby nas teraz nie zaprowadził tam, skąd przywieźli beczkę z kreozotem — zauważyłem.

— Myślałem o tym. Ale, jak widzisz, prowadzi nas chodnikiem, podczas gdy beczka jechała środkiem ulicy. Nie, teraz jesteśmy na właściwym tropie.

Uliczka wiodła nad Tamizę, przez Belmont Place i Prince’s Street. Przy końcu Broad Street pies pobiegł prosto nad wodę, do małej drewnianej przystani, i zaprowadził nas na brzeg, gdzie stanął, skowycząc i patrząc w ciemną toń.

— Nie mamy szczęścia — rzekł Holmes. — Widocznie wsiedli do łódki.