W przystani stały łodzie różnego kształtu. Obeszliśmy je kolejno z Tobym, ale pies, choć obwąchiwał je skwapliwie, pozostał obojętny.
Opodal przystani stał mały domek, a w oknie widniała drewniana tabliczka z napisem: „Mordechaj Smith, łodzie do wynajęcia na dni i godziny”. Drugi napis nad drzwiami zawiadamiał, że można było wynająć również łódź motorową, a potwierdzał to stos koksu złożony obok domku. Sherlock Holmes rozglądał się dokoła ponuro.
— Kiepska sprawa — rzekł. — Ci hultaje są sprytniejsi, niż sądziłem. Zatarli, zdaje się, ślady. Obawiam się, że mieli plan dobrze obmyślony.
Mówiąc to, zbliżał się do domku, gdy naraz drzwi się otworzyły i wybiegł sześcioletni kędzierzawy malec, a za nim tęga kobieta o rumianym obliczu, z wielką gąbką w dłoni.
— Jack, wracaj tu! Chodź do mycia! — krzyknęła. — Wracaj, nicponiu jeden! Jak ojciec przyjdzie i zastanie cię umorusanego, będziemy się mieli z pyszna!
— Co za śliczny dzieciak — odezwał się Holmes dyplomatycznie. — A jaką ma buzię różową, urwis! Jack, słuchaj no, cobyś chciał mieć?
Malec zastanowił się.
— Chciałbym szylinga50 — odparł po chwili.
— A może byś wolał coś innego?
— Wolałbym dwa szylingi — odpowiedział po krótkim namyśle.