Dzieliła nas zaledwie długość jednej łodzi. Zdobycz nie mogła nam ujść. Widziałem wyraźnie białego, stojącego z szeroko rozstawionymi nogami, klnącego na czym świat stoi i piekielnego karła z ohydną twarzą, szczerzącego na nas żółte, zwierzęce kły.

Całe szczęście, że widzieliśmy go tak dokładnie, bo w tejże chwili dobył spod okrycia krótki, okrągły kawałek drewna i przytknął go do ust. Rewolwery nasze huknęły jednocześnie. Karzeł okręcił się, zatrzepotał rękami i krztusząc się, spadł do rzeki. Uchwyciłem ostatnie jadowite spojrzenie jego strasznych oczu, zanim zniknął pod wodą.

Widząc to, człowiek o drewnianej nodze rzucił się do steru i skręcił prosto na południowe wybrzeże, tak że w rozpędzie ominęliśmy jego motorówkę. Zawróciliśmy niezwłocznie, ale on dosięgnął już brzegu. Panowała tu zupełna pustka. Blask księżyca oświetlał rozlegle bagnisko. Tu i ówdzie migotała kałuża lub sterczał zabłąkany krzak zieleni. Łódź z głuchym warkotem zaryła się w błotnisty grunt.

Zbieg zeskoczył z pokładu, lecz drewniana noga ugrzęzła w rozmiękłej ziemi. Na próżno usiłował ją wydobyć — nie mógł się ruszyć z miejsca. Zawył z bezsilnej wściekłości i jak szalony kopał grunt drugą nogą, ale drewniany kołek coraz głębiej zapadał w błoto. Dobiwszy do brzegu, musieliśmy zarzucić zbiegowi linę dokoła pasa i dopiero w ten sposób wydobyliśmy go z trzęsawiska i zaciągnęliśmy jak wielką, niebezpieczną rybę na pokład.

Obaj Smithowie, ojciec i syn, siedzieli zasępieni, ale przeszli posłusznie na nasz pokład. „Aurorę” umocowaliśmy do rufy naszej łodzi. Na pokładzie motorówki Smitha stała solidna żelazna szkatułka hinduskiej roboty. Nie ulegało wątpliwości, że zawierała słynny skarb Sholtów. Klucza nie było. Przenieśliśmy ją do naszej małej kabiny. Ważyła niemało. Wyruszywszy w powrotną drogę, rzucaliśmy reflektorem światło we wszystkich kierunkach, nie dostrzegliśmy jednak nigdzie śladu wyspiarza. Gdzieś na dnie Tamizy w brudnym szlamie spoczywają śmiertelne szczątki tego egzotycznego przybysza z dalekich krain.

— Patrz! — rzekł nagle Holmes, wskazując na pokład opodal steru. — Strzeliliśmy w sam czas.

Tkwiła tam jedna z owych znanych nam dobrze morderczych strzałek. Widocznie świsnęła między nami w chwili naszych strzałów rewolwerowych. Holmes uśmiechnął się i lekceważąco wzruszył ramionami, ale wyznaję, że dreszcz wstrząsnął mną na myśl o okropnej śmierci, która otarła się o nas tej nocy...

XI. Wielki skarb Agry

Jeniec siedział w kabinie naprzeciw żelaznej szkatułki, która kosztowała go tyle poświęceń. Był to człowiek ogorzały od słońca, o niespokojnym spojrzeniu. Pomarszczona twarz o miedzianej barwie świadczyła o ciężkim życiu spędzonym na świeżym powietrzu. Wydatny podbródek, widoczny mimo brody, zdradzał człowieka niełatwo dającego się odwieść od powziętego postanowienia. Mógł mieć lat około pięćdziesięciu, gdyż jego czarne, kędzierzawe włosy przyprószyła siwizna. W ogóle nie można powiedzieć, by twarz ta była antypatyczna, ale gęste brwi i agresywny podbródek w chwili gniewu nadawały jej wyraz straszny.

Siedział teraz ze skutymi rękoma, z głową zwieszoną na piersi, wzrok utkwiony miał w szkatułce, przyczynie swych występków. Nieruchoma, przygnębiona postawa Smalla wyrażała raczej smutek niż gniew. Raz jednak spojrzał na mnie jakby z błyskiem wesołości w małych, bystrych oczach.