Z pieca buchało. Świst i chrzęst maszyny potężniał niby bicie olbrzymiego metalowego serca. Ostry dziób pruł cichą toń, odrzucając duże fale na boki. Żółta latarnia na maszcie rzucała długi, migocący snop światła. Na prawo ciemna plama na wodzie wskazywała nam „Aurorę”, a kłębiąca się za nią piana świadczyła, jak szybko płynie. Mijaliśmy barki, parowce, statki handlowe, okrążając jedne, przesuwając się między innymi. Z ciemności odzywały się głosy ostrzegawcze, a „Aurora” pędziła niepowstrzymanie. Zdążaliśmy niezmordowanie jej śladem.

— Dorzucajcie węgla! Dorzucajcie! — krzyczał Holmes, zaglądając na dół do maszyn, skąd padał purpurowy blask na jego wzburzoną twarz. — Całą siłą pary! Ostro!

— Zdaje się, że trochę się zbliżamy — rzekł Jones, nie spuszczając z oczu „Aurory”.

— Jestem pewny — rzekłem. — Za kilka minut ją dogonimy.

W tej chwili jakby za sprawą złośliwego fatum wjechał między nas holownik z dwiema barkami i tylko dzięki zręcznemu zwrotowi uniknęliśmy zderzenia. „Aurora” zyskała dobre dwieście jardów58. Niemniej widzieliśmy ją jeszcze wyraźnie. Ponury zmierzch ustępował jasnej, gwiaździstej nocy.

Pędziliśmy. Kotły rozpalone były do ostateczności. Łódź drżała i trzeszczała pod naporem potężnej siły, która pchała nas naprzód. Lotem błyskawicy przepłynęliśmy obok doków Zachodnio-Indyjskich, wzdłuż Deptford Reach i znowu w górę rzeki, okrążywszy Isle of Dogs.

Czarna plama przed nami przybierała coraz wyraźniej kształty „Aurory”. Jones skierował na nią reflektor. Widzieliśmy wyraźnie postacie na pokładzie. Jakiś mężczyzna siedział przy sterze pochylony, trzymając na kolanach coś czarnego. Obok leżała jakaś ciemna masa, podobna z daleka do wielkiego psa nowofundlandzkiego. Ster trzymał chłopiec, a w czerwonym blasku paleniska dostrzegłem starego Smitha, obnażonego do pasa i dorzucającego węgli do ognia. Zrazu mogli mieć pewne wątpliwości, czy ich istotnie ścigamy, ale teraz, gdy naśladowaliśmy każdy ich zwrot, wszelki cień wątpliwości został rozwiany.

Pod Greenwich byliśmy o jakieś trzysta jardów za nimi. Pod Blackwell dzieliło nas już tylko dwieście pięćdziesiąt jardów. Polowałem w różnych krajach na różnego zwierza w okresie służby wojskowej, nigdy jednak nie doznałem takich wrażeń, jak podczas tego szalonego pościgu po Tamizie. Dzieląca nas odległość stale się zmniejszała. Jard po jardzie. W nocnej ciszy dobiegał nas już stuk i turkot ich maszyny. Ich sternik siedział pochylony, jak gdyby czymś zajęty. Od czasu do czasu podnosił wzrok i mierzył dzielącą nas odległość. Zbliżaliśmy się coraz bardziej. Jones krzyknął: „Stój!”. Byli wówczas oddaleni na długość czterech łodzi. Pędziliśmy z szaloną szybkością między Barking Level a melancholijnymi bagnami Plumstead.

Na krzyk Jonesa sternik zerwał się i pogroził nam pięściami, klnąc ochrypłym głosem. Był to mężczyzna rosły, barczysty. Stał wyprostowany. Dostrzegłem, że na miejscu prawej nogi ma drewniany kikut. Na dźwięk jego przeraźliwych okrzyków poruszyła się ciemna masa, zwinięta w kłąb na pokładzie, i w jednej chwili ujrzałem małego, czarnego mężczyznę o wielkiej, niekształtnej głowie i gęstej czuprynie kędzierzawych włosów. Holmes trzymał już rewolwer w ręku, ja również dobyłem broń na widok tej dzikiej, skoślawionej istoty. Postać ta owinięta była w ciemny płaszcz czy koc, tak że widać było tylko twarz. Lecz to już wystarczyło, aby przyprawić człowieka o bezsenność. Nie widziałem nigdy rysów tak straszliwie napiętnowanych zwierzęcością i okrucieństwem. Małe oczka gorzały złowrogim blaskiem, a spoza grubych, rozchylonych warg połyskiwały wyszczerzone ze zwierzęcą dzikością potężne zębiska.

— Jeśli tylko podniesie rękę, strzelaj — rzekł Holmes spokojnie.