Minęliśmy już furtkę i zapuściliśmy się krętą ścieżką, która biegła tuż koło owego kopczyka. Wzrok mój upadł nań przypadkiem i na płaskim, najwyżej leżącym kamieniu dostrzegłem sporą, na dwoje rozłupaną drzazgę, której ramiona obejmowały jakiś biały papier.

Schyliłem się prędko, pragnąc przekonać się, co to, lecz uprzedziła mnie Edie i odtrącając lekko, chwyciła kartkę i błyskawicznym ruchem ukryła w kieszeni.

— To dla mnie — szepnęła, oblewając się mocnym rumieńcem.

Ja zaś uczułem, że krew wszystka ucieka mi z serca, i zagłębiłem w jej źrenicach oczy, których wyraz zgasił pogodę w jej twarzy. Pobladła.

— Od kogo, Edie? — zapytałem głucho.

Ściągnęła brwi mocno, lecz nie odpowiedziała ani słowa.

— Od kogo, dziewczyno?! — powtórzyłem, całą mocą tłumiąc jeszcze gniew wzbierający mi w duszy. — Czyżby to być mogło, że oszukujesz Jima, jak przedtem zadrwiłaś ze mnie?

— Jesteś brutal! — przerwała z ogniem w oczach. — Radzę ci nie wtrącać się do tego, co do ciebie nie należy.

— Owa kartka pochodzić może od jednego tylko człowieka! — mówiłem dalej, urywanym głosem. — Tylko od jednego. Od de Lappa.

Wyprostowała się dumnie.