— A gdybyś miał słuszność? — wycedziła sucho.

Zimna krew tej istoty w takiej, w takiej chwili, odbierała mi przytomność i przyprawiła po prostu o jakiś szał gniewu.

— Przyznajesz się! — wybuchnąłem, postępując krok naprzód. — Więc naprawdę nie masz już żadnego wstydu?!

Cofnęła się z godnością i zmierzyła mnie dziwnym spojrzeniem.

— Czemuż to nie wolno mi otrzymywać listów od tego właśnie gentlemana? — odparła zimnym jak stal głosem.

— To podłość!

— Czemu?!!

— Ponieważ to obcy, Francuz może, cudzoziemiec!! — krzyknąłem już prawie z rozpaczą.

— Mylisz się — wyrzekła z wolna. — To mąż mój przede wszystkim.

Rozdział dziewiąty. Co zaszło w West Inch