Do grobu nie zapomnę tej straszliwej chwili. Nieraz przedtem słyszałem ludzi utrzymujących, iż cios jakiś gwałtowny a nagły mocen68 jest ogłuszyć nerwy i stępić wrażliwość na wszystko, co nie jest tym bólem.

Ze mną stało się inaczej, przeciwnie nawet, bo wzrok, słuch i myśli zyskały tylko na jasności.

Pamiętam, że oczy moje upadły właśnie na bryłę marmuru wielkości ręki mężczyzny, okoloną wieńcem szarych, spiczastych kamyków, i z całym skupieniem podziwiałem różnokolorowe, po niej się wijące żyłki...

A jednak twarz musiała przybrać jakiś nieznany przedtem wyraz, bo nagle Edie wydała krzyk stłumiony i pędem uciekła w stronę drzwi, spoza których kładło się na ścieżce żółtawe, migotliwe światło.

Chwilę bezmyślnym wzrokiem ścigałem jej postać, potem jak szalony puściłem się w kierunku domu i jąłem stukać w okno jej pokoju na wpół nieprzytomnie. Tam przecież schroniła się niezawodnie.

Przez szyby dojrzałem wkrótce białe czoło, brwi ciemne, wiśniowe usta...

— Odejdź stąd, odejdź, czy słyszysz? — odezwała się na koniec gorączkowo. — Nie chcę twoich wyrzutów! Nie pozwalam ci tak mówić! Nie otworzę okna! Odejdź, słyszysz?

Nie przestawałem stukać coraz głośniej.

— Muszę cię o coś zapytać — rzuciłem przez ściśnięte zęby.

— Co takiego? — podchwyciła, uchylając z nieufnością okna. — Wiedz, że jedna wymówka, a zamknę i nie otworzę więcej!