Nagle zaczerpnął tchu, uczynił ruch, jakby przełykał coś z trudnością, i jął mówić dziwnym, chrapliwym, przyduszonym głosem:

— Kiedy... to... zaszło?...

— Dziś przed samym świtem — objaśniłem cicho.

— Czy... był ślub?

— Tak.

Oparł się o słupy ganku, jakby miał za chwilę upaść. Ani kropli krwi nie było w jego twarzy.

— Nic nie zostawiła dla mnie? — pytał dalej, głucho.

— Powiedziała, że jej przebaczysz.

— Niechże Bóg potępi moją duszę, jeśli to kiedykolwiek uczynię — rzekł ponuro. — Dokąd wyjechali?

— O ile domyślać się możemy: do Francji.