— Ten... nazywa się de Lapp?
— Nie. Prawdziwe nazwisko jego brzmi: Lissac. Jest pułkownikiem w gwardii cesarza Napoleona — odparłem niespokojnie.
— Ach! Tak! Więc prawdopodobnie zamieszka w Paryżu. W Paryżu — powtórzył ze strasznym uśmiechem.
— Spokoju, Jimie! — krzyknąłem, widząc, że jeszcze więcej blednie. — Ojcze, ojcze, brandy przynieś, prędzej!
Kolana się pod nim gięły, ale znów nabrał silnym oddechem powietrza i przychodził do siebie, kiedy staruszek nadbiegał z dużą butlą wódki.
— Zabierzcie to — szepnął Jim niedosłyszalnym głosem.
— Jeden łyk, panie Horscroft — prosił z troskliwością ojciec — jeden łyk tylko, a wrócą dawne siły.
Jim porwał flaszkę i cisnął daleko, na drogę.
— Zapewne, doskonały trunek dla tych, co pragną zapomnieć! — rzucił twardo. — Ale ja muszę pamiętać.
— Boże Wszechmocny, przebacz mu te grzeszne słowa — powiedział mój ojciec z mocą.