— Na miłość Boską, majorze, zabierz mnie pan z sobą! — jęknął nagle Horscroft. — Z ochotą poniosę karabin, jeśli pan mnie poprowadzi na spotkanie tego... potępieńca!

— Mój chłopcze — rzekł major ze współczuciem — będę dumny, jeśli zechcesz iść pod moje rozkazy. Naturalnie, że de Lissac nie odstąpi od Napoleona!

— Pan wie jego nazwisko73? — podchwyciłem z naiwnym zdumieniem.

— To jeden z najlepszych oficerów wojsk francuskich — objaśnił Elliott ze szczerym uznaniem. — Człowiek znający się na tych rzeczach rozumie, co znaczy tego rodzaju pochwała. Podobno chciano go w swoim czasie mianować marszałkiem, wolał jednak zostać przy boku cesarza. Miałem sposobność widzieć go na dwa dni przed zajściami w Korunii74, kiedy wysłano mnie w roli parlamentarza z poleceniem omówienia sprawy naszych rannych. Był wówczas w towarzystwie Soulta. Tutaj poznałem go natychmiast.

— I ja poznam go natychmiast — powtórzył Horscroft twardo, z błędnym spojrzeniem i nieugiętą zaciętością w głosie.

Ja tymczasem oczyma duszy ujrzałem nagle swoje przyszłe, niedalekie życie, samotne, monotonne i bezpożyteczne, zakopane w tych milczących piaskach, nawet bez towarzystwa starego wojaka, nawet bez przyjaźni Jima. A oni będą szli szparko na spotkanie wroga, będą się narażać na każdą wściekłość nawałnicy.

I powziąłem postanowienie szybsze niż olśniewający zygzak błyskawicy.

— Jadę z wami, majorze — oznajmiłem stanowczo.

— Jocku! — dobiegł mnie bolesny szept ojca.

Alem75 nie słyszał tego, a Jim objął mnie nagle mocnym, braterskim uściskiem.