Po kilku minutach wiedzieliśmy wszystko: Napoleon wczoraj przekroczył granicę, zmusił do cofnięcia się wojska Prusaków i śmiało zapuścił się w głąb kraju. Obecnie znajdował się na wschód od naszego obozu i wiódł pod sobą sto pięćdziesiąt tysięcy żołnierza.

Rozkazano nam zebrać rzeczy, zjeść śniadanie i stawać w szeregach.

W niecałą godzinę później byliśmy już w drodze, śpiesznym marszem opuszczając cichą wioskę Ath i rzeczułkę Dender z żalem i na zawsze.

Istotnie nie było chwili do stracenia, gdyż Prusacy nie dawali teraz znaku życia i wódz nasz mógł jedynie domyślać się prawdopodobnego dalszego przebiegu wypadków. Że wyruszył z Brukseli na pierwszą wieść niepokojącą, jak czujny brytan z legowiska, to stawało się wyłączną zasługą genialnego rozumu Księcia, jednak i pomimo tego trudno było spodziewać się, iż zdążymy jeszcze na odsiecz Prusakom.

Ranek był upalny, jasny, brygada nasza, niby wąż barwny, posuwała się szerokim gościńcem belgijskim i co chwila ginęła w obłokach szarawego pyłu, który wbijał się w niebo i przesłaniał nam drogę niby dymy nieprzyjacielskich baterii.

Upał stał się wkrótce straszny i nie potrzebuję tu chyba zapewniać, że błogosławiliśmy ręce, które wysadziły szosę gęstymi sznurami przepysznych topoli — cień ich cenniejszy był dla nas niż najsmakowitsze trunki.

Po obu stronach gościńca zalegały starannie uprawione pola, tu i ówdzie przecięte siną wstęgą drogi, jedna z nich biegła blisko i prawie równolegle z naszą, druga w bok trochę, mniej więcej w odległości dobrej mili angielskiej.

Bliższą dążyła kolumna piechoty.

Od czasu do czasu mierzyliśmy się rozjaśnionym wzrokiem i przyśpieszali82 kroku. Prędzej, prędzej na wroga...

Otaczał ich tak gęsty tuman żółtawego kurzu, że chwilami jedynie mogliśmy rozróżnić srebrzyste lufy karabinów, czapy z niedźwiedziej skóry, to znów dostrzegaliśmy ramiona i głowy jadących konno oficerów, sztandary wreszcie, wesoło igrające z wiatrem.