Milczenie i niechęć, wstręt nawet do koleżeńskiego życia przyczyniły się w znacznej mierze do tego, iż przez czas niejaki stał się przedmiotem żartów i złośliwych figlów towarzyszy, skoro jednak ci ostatni zapoznali się ze szkocką jego pięścią, zostawili go odtąd w spokoju. Słynne muskuły i tym razem zapewniły mu powszechny „głęboki” szacunek.

Ale wróćmy do rzeczy. W owych czasach kazano nam zrywać się tak wcześnie, że zwykle cała brygada stawała pod bronią, zanim jeszcze słońce wysłało pierwsze swoje brzaski.

Pewnego ranka — było to — pamiętam — szesnastego czerwca — formowaliśmy właśnie szeregi, a generał Adams ruszył konno wydać jakiś rozkaz Raynellowi. Obaj zatrzymali się od miejsca, w którym stałem, mniej więcej w odległości strzału i nagle utkwili wzrok w kierunku gościńca wiodącego do Brukseli.

Żaden z nas nie ośmielił się odwrócić głowy i tylko cały pułk wytężył również spojrzenia w tę stronę, i wszyscy dostrzegliśmy po chwili oficera w barwach adiutanta głównodowodzącego generała, pędzącego jak wicher na siwojabłkowitym koniu. Po drodze szedł odgłos kopyt i szczęk stali.

Pochylał głowę na kark koński i raz po raz śmigał zwierzę tręzlą81. Rzekłbyś, iż życie jego zależy od szybkości biegu.

— Patrz — ozwał się generał do pana Raynella — bez wątpienia zaszło coś ważnego. Cóż pułkownik na to?

Puścili konie stępa i obaj ruszyli na spotkanie — nie upłynęło chyba ćwierć minuty, kiedy generał rozrywał podaną depeszę.

Koperta nie zdążyła jeszcze paść na ziemię, a on już wykonał pół obrotu i wzniósłszy otrzymany papier w górę, śmignął nim niby szablą.

— Złamać szeregi! — skomenderował grzmiąco. — Przegląd generalny i wymarsz za pół godziny!

Zakotłowało się wśród wyciągniętych w sznur żołnierzy, szmer coraz głośniejszy poszedł po szeregach — wkrótce z ust do ust podawano sobie świeżo przywiezione wieści.