W każdym razie należało przypuszczać, iż wtargnie tędy, gdzie będziemy się najmniej spodziewać.

Po pierwsze, mógł wsunąć się pomiędzy nas i morze i odgrodzić w ten sposób od Anglii — po wtóre — nic na pozór nie przeszkadzało mu niebezpiecznym klinem wbić się między armie angielskie i pruskie. Na szczęście Książę nasz równie jak tamten okazywał się przebiegły — gromadził wkoło siebie kawalerię, a lekką jazdę i piechotę rozrzucił po Belgii niby niezmierną jakąś pajęczynę i przy tym czynił to tak mądrze, że gdyby jeden chociaż Francuz przestąpił granicę, mogliśmy bardzo szybko skupić potrzebne siły w każdym zagrożonym punkcie.

Mnie osobiście działo się w Ath doskonale, ludzie tamtejsi są poczciwi i pełni prostoty.

Do końca życia na przykład nie zapomnę dobroci Bois, pewnego dzierżawcy, na którego polach rozkazano nam stanąć obozem.

W chwilach wolnych od ćwiczeń wznieśliśmy mu przez wdzięczność drewnianą stodołę, a ja i Jeb Seaton, najlepszy kolega, nieraz z własnej ochoty rozwieszaliśmy jego bieliznę na sznurach, a zapach wilgotnego płótna w dziwny jakiś sposób przenosił nas myślą do opuszczonego kraju i wzgardzonej ciszy domowego progu. Przypominał tak dotykalnie i mocno, jak oto woń perfum lub ulubionego kwiatu przywodzi na pamięć obecność osoby kochanej.

Nieraz wybiegam myślą do tej szczęsnej wioski i pytam w duchu, czy żyje jeszcze poczciwy dzierżawca i jego najzacniejsza żona. Ale to prawie niemożliwe, bo wtedy, w owych odległych czasach, znajdowali się już na schyłku dojrzałego wieku, właściwie na progu starości.

Jim zachodził czasem do nich ze mną i siadłszy zwykle gdzieś w kącie przestronnej kuchni flamandzkiej — puszczał zajadle kłęby dymu z ulubionej fajki — tylko że był to Jim zupełnie różny od dawnego.

Zawsze, w najmłodszych nawet latach, bywał szorstki, nieraz przykry i twardy — teraz zniknęło to bez śladu. Nieszczęście spopieliło mu duszę, zmieniło w głaz, w zastygły, martwy kamień. Od owego ranka w West Inch nie widziałem już uśmiechu na wyschłych, pobladłych ustach przyjaciela.

Odzywał się niechętnie, rzadko. Wszystkie jego myśli, wszystkie władze duszy skupiały się wokoło pragnienia zemsty, pragnienia śmierci de Lissaca, tego, który wydarł mu Edie, jedyne wymarzone, jedyne pożądane szczęście.

Całe godziny przepędzał skulony we dwoje, z czołem podpartym rękoma, z brwią ściągniętą i nieruchomym, półbłędnym spojrzeniem, w którym paliły się złowrogie błyski. Straszne były te oczy. Pragnienie krwi i pomsty wyzierało z nich niby jakaś upiorna a okropna mara.