Przy każdym chwiała się długa, okazała kita, spod każdego wyjrzała twarz groźna, spalona i czarna i runęli ku nam, mocno pochylając się na karki, lotem błyskawic pędzących, rumaków. Przez jedno mgnienie oślepiały nas jeno95 kirysy, migały szable, chwiały się barwiste kity, potem ujrzeliśmy rozdęte i czerwone chrapy końskie, chwytające z trudnością powietrze, zaczerniły się kopyta...

Jeszcze kilka sekund, jak wiek długich.

A później zniżyła się linia naszych karabinów i kule zderzyły się z miedzią kirysów, z dźwiękiem podobnym jęczeniu gradu obijającego się o szyby.

Dawałem raz po raz ognia i broń nabijałem bez wytchnienia, a skoro dym opadał — zapuszczałem w dal szybkie spojrzenie. Nic jednak nie mogłem dojrzeć, prócz dziwnego, wąskiego kształtu, który poruszał się ciągle wśród dymu kurczowym jakimś i niezrozumiałym ruchem.

Potem zagrała trąbka i oznajmiła zaprzestanie ognia.

Mocniejszy, gwałtowny powiew wiatru odgarnął nagle dymy przesłaniające widnokrąg i mogliśmy teraz objąć wzrokiem całą przestrzeń.

Sądząc z zażartości i wściekłości bitwy — myślałem, że z nacierającego pułku nie ocaliła się nawet połowa, tymczasem — czy dlatego, że osłaniały ich pyszne kirysy, czy z powodu niedoświadczenia naszego i zbytniej gorączki, czy mierzyliśmy może trochę za wysoko — strzały nie sprawiły oczekiwanego rezultatu.

Na ziemi leżało zaledwie ze trzydzieści koni, trzy z nich tuż koło siebie i nie dalej ode mnie niż o dziesięć jardów; jeden spoczywał na grzbiecie — nogi w przedśmiertnych drgawkach rwały kurczowo powietrze, najbliższa musiała właśnie być owym, poruszającym się prędko przedmiotem, który wśród dymu nabrał owych cech dziwnych i niewytłumaczonych kształtów.

Około dziesięciu trupów czerniło się bezkształtną, krwawą plamą i tyluż może rannych, którzy pół siedząc, pół leżąc w miękkiej, sczerwienionej trawie — jęczeli przeciągle, głucho — jeden z nich tylko raz po raz powtarzał głośny, dumny okrzyk:

Vive l’Empereur!96