Inny, który najwidoczniej otrzymał postrzał w biodro, ogromny, o ciemnym zaroście mężczyzna — pobladłymi usty chwytał przesiąkłe słodkawą wonią powietrze i oburącz obejmował trupa swojego wierzchowca.
Nagle porwał karabin i z równie zimną krwią, jakby szło o zwykłe strzelanie do celu — zmierzył i kula ugodziła Angusa Myresa, którego rozdzielało ze mną dwóch tylko żołnierzy. Biedaczysko zwalił się ciężko jak kłoda — z czoła trysnęła rubinowa nitka...
Ranny błyskawicznym ruchem sięgnął po drugi, leżący opodal karabin — zanim jednak zdążył go pochwycić — nadbiegł z czoła grenadierów gruby Hodgson i utopił mu bagnet w gardle. Żal mnie zdjął mimo woli — taki był rosły mężczyzna!
Wracam jednak do bitwy. Myśleliśmy więc oto, że kirasjerzy, korzystając z dobroczynnych osłon dymu, ratowali się zręczną ucieczką, ale nie należeli do tych, którym to przychodzi łatwo!
Konie, przerażone kulami i dymem, zboczyły jednakże z drogi, i stąd pułk otarł się tylko o krawędź naszego czworoboku, pomknął dalej i wpadł pod ogień dwóch drugich. Co począć?
Przebiegli linię strzałów i choć szlak ich przejścia znaczyły gęsto ciała zabitych i rannych, co koń wyskoczy rwali do niedalekiego muru i przedostali się przez ogrodzenie. Stał tam pułk Hanowerczyków, z którym uczynili to, co my byśmy zrobili z nimi, gdyby los zrządził inaczej.
Rozbili go w proch w oka mgnieniu.
Straszny był widok opasłych Niemców rozbiegających się po sadzie, jak stado strwożonego ptactwa, na każdego godziło kilku naraz kirasjerów, którzy co chwila wznosili się na siodle, by ciężkim swym, wielkim szablom nadać większy rozmach, i mordowali bez litości.
Z nieszczęsnego pułku ocalało może zaledwie stu ludzi.
A zwycięska kawaleria w cwał puściła konie i zatoczywszy ogromne półkole, wracali tą samą drogą, wznosząc wysoko aż po rękojeść zakrwawione szable i z okrzykami tryumfu na ustach.