Siły aż dotąd też same prawie były, co i z rana.

Wszystko to przecież objawiało się dla nas ciemne i niezrozumiałe.

Potem znów przyszedł inny, pamiętny moment bitwy — kawaleria francuska zaczęła następować taką niezmierzoną ławą, że przesłoniła nam środek i lewe skrzydło armii i zaczynaliśmy wierzyć, że wszystko stracone, bo oto zostaje jedna już nasza brygada...

Więc zacinaliśmy zęby i obiecywali102 drogo sprzedać życie.

Była godzina czwarta, piąta może po południu — nie mieliśmy nic do jedzenia, większość pościła od wczoraj wieczorem.

Na domiar wszystkiego deszcz wzmógł się i wkrótce przemoczył nas do nitki. Padał wprawdzie od rana i nie ustawał w swej niezmordowanej pracy — ale w ciągu ostatnich kilku godzin byliśmy w takich opałach, że po prostu nikt nie miał czasu uskarżać się na głód lub niepogodę, pomyśleć choćby o tym! Teraz za to dolegały coraz dokuczliwiej.

Żeby zagłuszyć — jęliśmy spoglądać wkoło siebie, zaciskać pasy, trzeć zziębnięte dłonie, pytać o towarzyszy: kto zabity, kto zdołał ujść z życiem?

Po chwili dostrzegłem Jima i zaraz poweselało mi w duszy — jeszcze nie straciłem przyjaciela. Stał w bok trochę, na prawo, cały czarny od prochu i wspierał się niedbale o karabin.

Zauważył mnie także i krzyknął, czym nie ranny.

— Wszystko dobrze! — odrzekłem donośnie.