— Po kiego nas tu zagnano! — syknął ciszej, a ponury wyraz wrócił mu na czoło. — Od rana polujemy na jakąś niewidzialną czy urojoną zwierzynę! Ale nie koniec na szczęście! I na Bóg! Pochwycę jego ścierwo albo on zabierze moje!!
Potężniej niż zwykle zmagał się ze swoją męką, żyły na skroniach wystąpiły mu niby ciemne, fioletowe pręgi, w oczach się pojawił dawny, błędny wyraz... Przez głowę mi przemknęło, że może oszalał.
Wzrok jego chwilami nie miał w sobie nic ludzkiego.
Od dawna — zawsze — należał do tych, którzy głęboko odczuwają drobne nawet nieraz rzeczy, a odkąd Edie go zdradziła, nie wiem, czy był kiedykolwiek zupełnie przytomny.
Znów odbiegam od rzeczy.
Bo w tejże chwili staliśmy się świadkami dwóch prawdziwych pojedynków, które podobno zachodziły często w starożytnych bitwach, zwykle przed gromadnym wyruszeniem do ataku, zanim jeszcze starły się obydwa wojska.
Jakoś, pamiętam, rozkazano nam lec w dość głębokiej fosie, gdy nagle na najbliższą pochyłość wbiegło w pełnym galopie dwóch jeźdźców.
W pierwszym poznaliśmy dragona angielskiego — głowę pochylił na kark koński, aż twarz nikła w obfitej grzywie wierzchowca.
Za nim pędził kirasjer francuski na rosłej, gniadej klaczy, siwy już, ale olbrzymiego wzrostu żołnierz.
Poleciały za nimi urągania i gniewne okrzyki brygady — wszystkim zdało się hańbą, żeby Anglik tak sromotnie zmykał przed Francuzem — lecz wkrótce podjechali bliżej i wtedy pojęliśmy wszystko.