Rozdział trzynasty. Koniec nawałnicy
Wśród tylu dziwnych nieraz, postronnych zjawisk zachodzących w bitwie, w szeregu walk zaciekłych, następujących po sobie z zawrotną szybkością — jak wtedy, najdziwniejszym chyba było oddziaływanie ich na towarzyszy.
Dla niektórych objawiała się codzienną niby strawą — mijała bez wywołania zmian najmniejszych w twarzy, bez komentarzy, uwag — rzekłbyś, że wiedzą, kiedy padnie która kula.
Inni odmawiali modlitwy od pierwszych grzmotów armatnich aż do końca bitwy — coraz żarliwiej, goręcej, coraz beznadziejniej — inni jeszcze klęli, a przekleństwa sypały się takim niestrudzonym i urozmaiconym gradem, że nieprzywykłemu włosy mogłyby stawać na głowie.
Z lewej na przykład strony miałem towarzysza — Mike Threadingham nazywał się, pamiętam — który nie ustawał w opowiadaniu o jakiejś ciotce swojej, Sarze, starej pannie, co ufundowała przytułek dla dzieci zaginionych marynarzy i obróciła na ten cel cały swój majątek, wszystkie pieniądze należące się „najświęciej” siostrzeńcowi.
Opisywał przebieg owej sprawy z najdrobniejszymi niemal szczegółami i znów zaczynał od początku.
A po skończonej bitwie przysięgał się na wszystkie istniejące możliwe świętości, że nawet „pary z gęby” nie puścił od rana...
Co do mnie — nie wiem, czym co mówił, czy może milczałem — pamiętam tylko, że umysł mój, pamięć rzeczy drogich, myśli — jaśniejsze i wyrazistsze były niż kiedykolwiek przedtem w życiu — i że w oczach miałem bez przerwy rodziców staruszków, samotnych teraz na wyludnionym folwarku, to cudną Edie i jej przepaściste szyderczo-wabiące źrenice — to znów de Lissaca kocie wąsy i dumne spojrzenie — żem myślał o wszystkim, co ostatnimi czasy przeżyłem w West Inch, a co zagnało nas na jednostajne równiny Belgii i rzuciło w krwiożerczą paszczę dwustu pięćdziesięciu armat.
A huk nie ustawiał od świtu i mącił myśli, ogłuszał, krew lodem ścinał w żyłach, rósł, potężniał, przycichał, potem wybuchał znowu, stokroć przeraźliwszy i groźniejszy.
Nagle uczyniła się straszliwa cisza.