Aż krew goręcej grała w żyłach patrzeć. Bo w miarę zbliżania się, zachodzili na wyloty własnych armat i odtąd nie tylko nie mogli liczyć na ich pomoc, lecz jeszcze narażali się na niechybny ogień dwóch naszych baterii.

I w samej rzeczy narychtowano108 umiejętnie działa, a potem huknęły strzały i co chwila już bryzgały w czerń owych wężowych splotów, a ślad ich znaczyły ogniste, krwawe smugi.

Francuzi zaś byli tak blisko i podchodzili tak zwartymi szeregami, że każdy wystrzał zabierał całe ich dziesiątki, a przecież szli w paszczę śmierci z nieulękłym czołem, kiedy niekiedy ścieśniając szeregi, i parli ciągle naprzód z zapamiętaniem, z ogniem — ławą. Szał ogarniał na ich widok.

Twarze zwrócone mieli ku nam.

Wierzę, że gdybyśmy ich przyjęli w poprzedniej pozycji — gwardia cesarska zgniotłaby nas po prostu jak muchy, bo cóż poradzi z taką okrutną masą kolumna złamana tylko w czwórki?

Ale w tej właśnie chwili Colburne, pułkownik 52. pułku, rozwinął swoje lewe skrzydło i przeciął drogę nadchodzącym wojskom.

Przystanęli.

Odległość między nami wynosiła teraz nie więcej niż czterdzieści kroków i jęliśmy się sobie przypatrywać w straszliwym milczeniu.

Nie wiem dlaczego, od dzieciństwa wyobrażałem sobie zawsze, że Francuzi koniecznie muszą być małego wzrostu.

Tymczasem w stojącej wówczas na czele kompanii nie znalazłby ani jednego żołnierza, który nie byłby w stanie unieść mnie z ziemi jak piórko — a wysokie, włochate czapy jeszcze im przydawały wzrostu. Bezwiednie budzili grozę.