Rzekłbyś olbrzymy zahartowane na trudy, o stwardniałej skórze, groźnych, nieustraszonych oczach i nastrzępionych wąsach — gwardia, owa słynna gwardia, co nie strzymała109 tygodnia bez walki przez długie, długie lata.

I kiedym stał w pogotowiu, z palcem na cynglu i natężonym słuchem, rychłoli110 zabrzmi rozkaz dania ognia — wzrok mój padł nagle na owego oficera, które swe shako dzierżył wysoko, na szabli.

Poznałem go w mgnieniu oka. Był to Bonawentura de Lissac.

Jim dostrzegł go chyba także.

Bo wydał dziki okrzyk i jak szalony rzucił się ku stojącym kolumnom francuskim.

I cała brygada runęła za przykładem owego prawie — odruchu, prędzej niżby myśl przebiegła — żołnierze, oficerowie, pułkownicy — i splotła się z pierwszymi szeregami w śmiertelnym uścisku. Na skrzydła uderzyły dwa inne, bratnie pułki.

Czekaliśmy właśnie rozkazu i wszyscy myśleli, że został wydany, lecz daję tu najuroczystsze swe słowo honoru, że Jim Horscroft i tylko Jim Horscroft sprowadził tę szaloną szarżę.

Bóg jeden wie tylko, co działo się przez pierwsze kilka minut!

Pamiętam, żem lufę karabinu przyłożył do munduru jakiegoś gwardzisty, żem pociągnął za cyngiel, a przecież zabity nie upadł, podtrzymywany skłębioną masą towarzyszy, jeno na błękitnym suknie pojawiła się okropna plama i buchnął z niej białawy dymek, jakby zażegła się ogniem...

Potem odrzucono mnie pomiędzy dwóch Francuzów, którzy mnie ścisnęli tak mocno, żem nie mógł ruszyć nawet bronią.