Och! Straszny to był widok! Tak straszny, że odżywa pomimo tylu lat ubiegłych, tak straszny, że chciałbym go przyodziać w jak najskąpsze słowa!
Straszliwą jest sama w sobie bitwa, ale w chłodzie i w ciszy poranku, bez podniecających dźwięków trąb i bębnów — znika zapał, gasną płomienne glorie, a rozpościera się tylko coś niby olbrzymia, wielka, niezmierzona rzeźnia — krwią przesiąkła ziemia i na niej niezliczone plamy pomiażdżone, ćwiartowane, okaleczałe ciała ludzkie. Rzekłbyś, że człowiek oto podaje dzieło Boże na urągowisko.
A ze szczegółów różnych, z ciał poległych odczytywać można było każdy poszczególny przebieg bitwy — tu czerniły się zwłoki mężnie ginącej piechoty, tworząc martwe, pełne grozy czworoboki, tam w nieładzie okropnym ciała kawalerzystów, którzy do pierwszych przypuszczali atak, dalej jeszcze, na pochyłości, majaczyły sylwetki zabitych kanonierów i okaleczone, milczące paszcze armat...
Owa wspaniała kolumna gwardii szeroki szlak trupów usłała poprzez pole bitwy.
Coś niby ślad przejścia ślimaka. A u jego czoła olbrzymi zwał niebieskich uniformów splątanych z czerwonymi, jakby bławatki i maki — w miejscu, gdzie zaszedł ten szalony atak, w chwili gdy tamci zaczęli się cofać.
Na wstępie ujrzałem martwe ciało Jima.
Leżał nieruchomy i cichy, zastygłą twarzą patrzył w niebo...
Wszystkie namiętności, wszystkie smutki i cierpienia uleciały już z niej bezpowrotnie.
I tylko królował wyraz, który pamiętałem tak dobrze, wyraz ze szkolnych jeszcze czasów.
Krzyk rozpaczy i żalu wydarł mi się z piersi, kiedym dostrzegł te drogie zwłoki, skoro jednak wzrok mój upadł na poważną głowę umarłego, kiedy wyczytałem na niej szczęście w śmierci, jakiegom117 nie spodziewał się ujrzeć za życia — ból mimo woli złagodniał i przycichł. Uczułem, że mu tak lepiej.