Zerwałem się jak oparzony.

Rozespana mózgownica nasuwała mi straszne obrazy i w jednej chwili wyobraziłem sobie, że to atak kirasjerów, porwałem najbliższą, opartą o mur halabardę i tu otrzeźwiło mnie zimne dotknięcie gładkiego żelaza. Wokoło szarzały niezliczone sylwetki śpiących towarzyszy.

Przetarłem prędko oczy i któż opisze moje zdumienie, gdym116 w stojącej tuż przy mnie postaci poznał czcigodną osobę majora Elliotta.

Miał niezwykle poważny wyraz twarzy — nieco opodal majaczyło dwóch sierżantów, trzymających grube ołówki i długie, papierowe wstęgi.

— Wstawaj, chłopcze — rzekł półszeptem, tym dawnym, dobrym, przyjacielskim tonem.

— Jestem, panie — bełkotałem, niezupełnie jeszcze wytrzeźwiony.

— Pójdziesz ze mną. Czuję względem was ciężkie obowiązki, ja to przecież przyczyniłem się do porzucenia rodzinnych, szkockich progów — mówił major dalej dziwnie surowo i smutno — i brak otóż: braknie nam Jima Horscrofta!

Wszystka krew ściekła mi do serca. Toż wśród zmęczenia, głodu i w ciągłym wirze szalonych ataków do cna zapomniałem o najlepszym przyjacielu. Nie widziałem go od chwili, gdy sam jeden rzucił się na gwardię i pociągnął za sobą pułk cały.

— Sporządzam właśnie wykaz poległych ze strony angielskiej — objaśniał, nie patrząc na mnie, starzec — gdybyś zechciał mi towarzyszyć, wyrządziłbyś mi prawdziwą przysługę.

Umilkł i już bez słowa wyszliśmy za drzwi stodoły, tuż koło nas dwóch nachmurzonych sierżantów...