Ja zaś zaszyłem się w krzaki i ukrywszy twarz w rękach, jąłem rozmyślać o tym, co mi powiedział major, o słowach, które ukazywały mi nowe, jeszcze inne światy. Sylwetka Elliotta tymczasem malała i majaczyła daleko, prawie na zakręcie drogi, niby duża, brunatna plama, wiatr rozwiewał mu z wściekłością poły płaszcza i uderzał o pled rzucony przez ramię, on zaś powoli i z widocznym wysiłkiem piął się po stromym zboczu skalistego wzgórza.
I przez chwilę ten schorowany, stary, a przecież rwący się do czynu człowiek wydał mi się jakąś tytaniczną, olbrzymią postacią, a moje własne życie na folwarku liche i nędzne, i nic warte36.
Spokojniem37 po prostu czekał, aż zastąpię ojca na tych samych siwych piaskach, na tym samym zboczu i przy tym samym, leniwie płynącym strumyku, i zawsze będę pasł owce, zawsze wzrok mój zatrzymywać się będzie na tym pochylonym, trochę zapadniętym domu ojców i praojców.
Albo na ciemnobłękitnych fałdach wiecznie szumiącego morza.
Ot, życie dla młodego, zdrowego mężczyzny!
A major, pochylony wiekiem, z dolegającą bezustannie i otwierającą się niekiedy raną, ten umiał roić śmiałe plany i pragnął przyłożyć się do spraw ogólnych — ja tylko, w pełni sił fizycznych — dobrowolnie zatracałem się wśród gnuśnych wzgórz!
Twarz moją oblały płomienie palącego wstydu i jednym susem zerwałem się z ziemi, pełen gotowości do odjazdu, z mocnym postanowieniem wyzyskania sił wszystkich dla ojczyzny.
Przez dwa dni nie umiałem myśleć o czym innym.
Trzeciego zaszło coś, co umocniło mnie jeszcze w tych planach, a potem starło w proch wszystkie, na podobieństwo wiatru rozwiewającego najtęższe nawet kłęby dymu.
Edie i ja z nierozłącznym Robem wybraliśmy się właśnie na codzienną popołudniową przechadzkę...