W ciągu tej krótkiej godziny przeżyłem pół wieku i całą duszą brałem udział w bitwie.
Wiatr porwał mi gdzieś czapkę, ale nawet tego nie zauważyłem.
Z przepełnionym sercem zwróciłem się teraz do Edie i nagle mi się zdało, żeśmy ci sami, co przed sześciu laty.
Patrzyła nieruchomo przed siebie, usta miała rozchylone jak dawniej, jak wtedy, drobne ręce zaplotła tak mocno, że skóra na wypukłościach złociła się, jakby wyrzeźbiona ze słoniowej kości.
— Co za kapitan! — szepnęła, błądząc wzrokiem po zielonych zaroślach i żółtych janowcach. — Co za odwaga, jaki dzielny człowiek! Której z kobiet nie napełniłoby dumą posiadanie takiego małżonka?
— Świetnie sobie poradził, nieprawdaż!? — pytałem z dziecinną radością.
Edie objęła mnie nagłym spojrzeniem. W oczach jej czytałem, iż zapomniała, że tu jestem.
— Dałabym rok życia, gdybym mogła spotkać takiego człowieka — ciągnęła, nie zwracając uwagi na mój niezręczny wykrzyknik. — Ot, co znaczy mieszkać na wsi. Widuje się tylko ludzi, którzy nie potrafią nic lepszego, jak grzebać się w ziemi albo pasać owce.
Nie wiem, czy chciała mnie dotknąć umyślnie — nigdy jej nie trzeba było o to prosić — jednak bez względu na intencję słowa jej zraniły mnie tak boleśnie, jakby kto gorącym żelazem przemknął po odkrytym nerwie.
— Dobrze mówisz, Edie — podchwyciłem, usiłując mowie swej nadać niewzruszony spokój. — To, coś wyrzekła przed chwilą, umacnia mnie tylko w powziętym dawniej już postanowieniu. Tego wieczora jeszcze zaciągnę się do pułku stojącego w Berwick.