— Doprawdy, Jacku? Zostaniesz żołnierzem? — spytała prędko, z uśmiechem.

— Tak, jeśli rzeczywiście wierzysz, że każdy pędzący życie na wsi jest nic niewart.

— Jak tobie ładnie będzie w czerwonym mundurze! — wykrzyknęła, głusząc ostatnie moje słowa. — I zupełnie inaczej wyglądasz, kiedy się rozgniewasz. Chciałabym zawsze w twoich oczach dostrzegać te błyski! Teraz jesteś przynajmniej mężczyzną! Tylko... wiem doskonale, że... o tym wojsku, to żarty.

— Zobaczysz, czy żartuję.

I nie patrząc już na nią, pędem puściłem się po pochyłości, pędem przebyłem drogę i wpadłem jak wicher do kuchni. Matka i ojciec siedzieli jak zwykle każde po przeciwnej stronie wielkiego komina.

— Matko, mamo! — wołałem od proga. — Jadę dziś jeszcze, zostaję żołnierzem.

Gdybym im powiedział, że będę złodziejem, nie wiem, czy mogliby okazać się więcej zmiażdżeni, bo w owych odległych czasach, nieufni i względnie w niezłym bycie pozostający wieśniacy mniemali, że wszelakie „owieczki” sierżantów, no i w ogóle wojsko, składają się przede wszystkim i głównie ze szpiegów.

A jednak te zastępy na obronę poświęconych ludzi niejedno nieszczęście odwróciły od ojczystej ziemi i zapisały niejedną chlubną kartę angielskiej historii.

Matka w milczeniu poniosła swoje mitenki38 do oczu, ojciec przyoblekł twarz w tak straszną grozę, iż mimo woli uczułem mróz w kościach.

— Chyba zwariowałeś, Jocku — przemówił surowo.