— Ani mi się nawet śniło. Dziś odjeżdżam.
— Odmówimy ci błogosławieństwa!
— Trudno. Muszę się obejść — burknąłem opryskliwie.
Teraz matka krzyknęła głośno i zarzuciła mi ręce na szyję.
O twarz moją otarła się dłoń zniszczona, gruba, pełna blizn i zmarszczek, które pofałdowały z wolna trudy podejmowane niegdyś koło mego wychowania — i przemawiały wymowniej niż najwymowniejsze słowa.
I naprawdę kochałem ją niezmiernie, jednak postanowienie moje było z tych, co są twarde jak ostrze krzemienia.
Pocałunkami zmusiłem ją do zajęcia poprzedniego miejsca i uciekłem do swego pokoju z niezłomnym postanowieniem natychmiastowego spełnienia swych planów.
Czyniło się już ciemno, a czekał mnie przecież porządny szmat drogi.
Zebrałem też pośpiesznie niewielki węzełek i gorączkowo ruszyłem ku wyjściu. Lecz w chwili, kiedy zamierzałem wymknąć się bocznymi drzwiami, ktoś delikatnie dotknął mojej ręki.
Obejrzałem się — tuż przy mnie stała Edie, cała różowa od krwistych łun zachodu.