Wszystko, co tłumiłem w sobie od chwili jej przyjazdu, wszystkie żale i całą gorycz młodego serca, sypałem jej teraz pod nogi, słowa potokiem cisnęły się na moje rozpalone usta.

A jej twarz opływała coraz purpurowszą barwą, miękkie, pieszczotliwe, trochę szydercze spojrzenie śmiało utopiła w moich bólem nabrzmiałych źrenicach.

— Ach, więc nie dbam o ciebie? — szepnęła przeciągle. — Więc to dlatego pragnąłeś odjechać?... A czy byś został, gdybym... gdybym zrobiła się lepsza?...

Pochyliła się trochę ku mnie, w ciemnych oczach zapłonęły jakieś tajemnicze blaski.

Jedno jeszcze mgnienie i — stało się.

Otoczyłem ją mocno ramieniem.

I grad pocałunków spadł na jej policzki, oczy, usta...

Przycisnąłem drogą dziewczynę do serca i mówiłem cicho, że była wszystkim dla mnie, że nie mógłbym już żyć bez niej, że kocham ją więcej niż spokój i sławę.

Nie odpowiadała nic, ale nie odwracała twarzy i nie broniła się wcale. Dopiero po długiej chwili odsunęła mnie lekko, lecz stanowczo.

— Nieznośny zuchwalec — ozwała się, krzywiąc niby swe wiśniowe usta i oburącz poprawiając włosy. — I coś ty zrobił, Jacku?! Nie przypuszczałam, żeś jest taki śmiały...