Zachcianki jej i kaprysy, humor ciągle zmienny, wesoły jak dzień jasny, to znów ponury niby łąka, nad którą przeciągają chmury, gniewy zjawiające się bez widocznej przyczyny, szorstkie wyrzuty i żale — wszystko przepełniało mnie kolejno — radością lub smutkiem.

Ona to było moje życie, bez niej — świat zdawał mi się niczym.

Ale w najgłębszych skrytkach duszy i na dnie wszystkich tych uczuć czaił się jakiś nieokreślony niepokój, trwoga podobna tej, jakiej doznaje człowiek wyciągający ręce, by uchwycić tęczę, trwoga, wypływająca z poczucia, że jednak ta prawdziwa Edie, jakkolwiek nieraz składająca głowę na mych piersiach, w rzeczywistości pozostawała tak daleka i niedościgła jak dawniej.

Niełatwo ją było zrozumieć.

Przynajmniej zaś objawiała się taka wieśniakowi o mało przenikliwym umyśle i duszy tak prostej, jak moja.

Bo jeśli zaczynałem z nią mówić o najpożądańszych mych projektach, jeśli napomykałem, że mógłbym już traktować o wypuszczenie mi w dzierżawę Corriemuir, co do sumy koniecznej na opłacenie raty, przyrzuciłoby czystego zysku około stu liwrów i pozwoliło folwark w West Inch ozdobić salonem i cały dom odnowić jeszcze na dzień ślubu, śliczna twarz Edie zasępiała się od razu, spuszczała oczy i marszczyła czoło — co tak wyglądało zupełnie, jakby brakło jej cierpliwości na słuchanie nawet o tej, zbliżającej się przecież, przyszłości.

Ale skoro pozwalałem jej snuć własne myśli, zwierzenia jej płynęły głęboko wyżłobionym szlakiem, tylko były inne zupełnie niż moje... Więc usiłowała odgadnąć, czym mogę zostać kiedyś, to znów stawała się podobna do dawnej dziewczynki i marzyła o jakimś przypadkowo znalezionym dokumencie, który by odkrywał istotne prawa moje do całej okolicznej ziemi i kreował ostatnim potomkiem wygasłego, szlacheckiego rodu, albo widziała mnie — bez wstępowania jednak do służby wojskowej, gdyż o tym naprawdę nie chciała nawet słyszeć — nadzwyczajnym, świetnym wojownikiem, którego imię byłoby na ustach wszystkich — i wtedy bywała wesoła niby dzień majowy, a w czarnych jak węgiel oczach paliły się cieplejsze błyski.

Starałem się ją zadowolić i z całą powagą przyjmowałem udział w wysnuwaniu coraz nieprawdopodobniejszych bredni, zawsze jednak w końcu wymknęło mi się jakieś nieszczęśliwe słówko, które stwierdzało niezbicie, że jestem po prostu tylko Jackiem Calderem z West Inch — a wówczas grymas osiadał na jej ustach i czułem jasno, że, pomimo wszystko, jestem dla niej — prawie niczym.

I tak żyliśmy z dnia na dzień, ona — w obłokach, ja, niestety, na ziemi, i gdyby zerwanie nie zaszło w ten sposób, byłoby jednak nastąpiło prędzej czy później, ale nieochybnie39 i z pewnością.

Było to po Bożym Narodzeniu, ale tegoroczna zima mijała niezwykle łagodnie.