Tak właśnie było zimno, ile trzeba, by móc bez obawy przechadzać się po zmarzłych torfowiskach.

Śliczny, pogodny ranek rozpostarł się nad ziemią i zachwycona Edie wybiegła przed śniadaniem na króciutki spacer. Wróciła z policzkami zarumienionymi z ożywienia.

— Czy syn doktora, twój przyjaciel, Jacku, wrócił? — spytała mnie na wstępie.

— Nie wiem. Słyszałem tylko, że go się spodziewają.

— Ach, więc to pewnie jego spotkałam na zboczu.

— Spotkałaś Jima Horscrofta?

— To on był z pewnością. Chłopak jak dąb wysmukły, barczysty: prawdziwy bohater z bajki; włosy ma ciemne, kręcone, nos prosty, zgrabny i ładne, szare oczy — trzepała jednym tchem Edie. — Co za posągowe ramiona! A jaki wzrost wspaniały! Ty, Jacku, nie sięgasz mu chyba nawet do krawata? — zwróciła się do mnie lekko pogardliwym tonem.

— Dostaję40 mu prawie do ucha! — przerwałem oburzony. — Czy tylko mówisz o Jimie? — poprawiłem się natychmiast. — Czy palił brązową, drewnianą fajeczkę?

— A jakże! Był przy tym w gustownym, szarym ubraniu, i głos ma silny, dźwięczny.

— Więc rozmawiałaś z nim nawet? — podchwyciłem nieufnie.