— Kuzynka nasza, Jimie — objaśniłem drżącym głosem — Edie Calder.

— Często przechadza się pan przed śniadaniem? — zagadnęła go wesoło, figlarnie przechylając główkę.

— Prawie zawsze — odparł, chłonąc wzrokiem wdzięczną postać.

— I ja również, a zwykle tamtędy — odpowiedziała pośpiesznie. — Jacku — dodała, zwracając się do mnie z urazą — niezbyt gościnnie przyjmujesz swego przyjaciela! Dalej! Jeśli nie uczynisz mu należytych honorów, ja chyba będę musiała cię zastąpić i ratować poczciwe imię praojców!

I zaśmiała się, rada z dowcipu.

Wróciliśmy więc do pokoju i po chwili Jim siedział przed talerzem smacznego rosołu.

Ale jakoś zamilkł i zauważyłem kilkakrotnie, jak w zamyśleniu niósł pustą łyżkę do ust i z zajęciem przyglądał się Edie.

Ona zaś siedziała cicho i od czasu do czasu podnosiła na niego pytające oczy.

Zdawało mi się, że bawi ją wyraz nieśmiałości, która malowała się dzisiaj w twarzy mego przyjaciela, i że czyniła, co mogła, żeby go rozruszać. Za to musiałem jej być tylko wdzięczny.

— Jack wspominał mi kiedyś, że pan ma zamiar pracować w zawodzie lekarskim? — odezwała się nagle wśród ogólnego milczenia. — Wyobrażam sobie, jakie to musi być trudne i co czasu pochłania samo choćby przyswojenie tylu koniecznych nauk?!