— Tak. Rzecz rozciąga się na długie lata — odpowiedział z mocniejszym rumieńcem. — Jednak zawsze już bliżej końca.

— To mi się podoba! Co za stanowczość! Stawia pan sobie cel w życiu i dąży do niego wytrwale. Nie zrażają pana stosy przeszkód.

— Doprawdy, nie wiem, czym mógłbym się pochwalić — bronił się Jim, widocznie zmieszany. — Niejeden, który zaczął razem ze mną, chlubi się już tabliczką błyszczącą na drzwiach swojego mieszkania. Ja zaś ciągle jeszcze muszę być studentem!

— Zanadto pan jest skromny, panie Horscroft — przekonywała dalej Edie. — Mówią, że tacy ludzie są najwięcej warci. Co to za radość, kiedy pan stanie u celu! Śladami pana kroczy zdrowie, cierpiącym powraca pan moc i dawną siłę. Czy może być cel piękniejszy niż dobro ludzkości? Ja wiem, że pan tak myśli.

Uczciwa natura Jima nie wiedziała, jak poradzić sobie z tym potokiem pochlebnych wyrazów.

— Obawiam się, że nie działam jedynie z pobudek szlachetnych — zaczął wreszcie. — Pragnę przede wszystkim zarabiać na życie, w tym zaś wypadku mógłbym niejako rachować na klientelę ojca, o ile oczywiście zostałbym dobrym lekarzem. A nawet i wtedy jedną ręką będę niby dawać uzdrowienie, drugą: wyciągać po należną mi zapłatę.

— Jakiż pan szlachetny i prawy! — zawołała Edie z gorącym płomieniem w czarnych oczach.

I tak w kółko. Przyznawała mu wszelkie cnoty i tak kierowała rozmową, żeby mógł w niej przyjmować najgłówniejszy udział, błyskała humorem, dowcipem, słowem, starała się zwrócić wyłączną na siebie uwagę w sposób, którym znał41 tak dobrze...

Na razie nie podbiła go może zupełnie, widziałem jednak, że olśniony jest blaskiem tej, naprawdę niezwykłej, urody, zachwycony uprzejmym i uprzedzającym obejściem, oczarowany nieprzepartym wdziękiem.

Dreszcz dumy i szalonej radości przebiegał mnie na myśl, że — pomimo wszystko — to czarujące stworzenie należy przecież do mnie, przy tym pochlebiało mi jeszcze niezmiernie wysokie mniemanie, jakie powziąć musiał o jej wykształceniu.