— Prawda, jaka ona piękna? — spytałem go, kiedyśmy wyszli na ganek, nie mając już siły powstrzymać tych słów, co od godziny prawie paliły mi wargi.

Jim z wolna zapalił fajeczkę.

— Czy piękna? — powtórzył gorąco. — Nie zdarzyło mi się napotkać podobnej!

— Mamy się pobrać — rzuciłem niby od niechcenia.

Fajka upadła mu nagle na ziemię, przez chwilę wpijały się we mnie jego rozszerzone oczy...

Potem podniósł ją cicho i oddalił się bez pożegnania. Myślałem, że jeszcze wróci, myliłem się jednak mocno.

I jakby wkuty w ziemię, długo przeprowadzałem go wzrokiem — szedł powoli, z pochyloną na piersi głową, potykał się niekiedy, jakby nie patrzył, gdzie idzie — potem zrobiło mi się dziwnie smutno.

Gdybym mógł go zapomnieć choć na jedną chwilę! Ale Edie przysunęła się, gdym wrócił do jadalni i zasypała mnie tysiącem pytań. Pragnęła wiedzieć, jak mu upłynęła młodość, czy jest bardzo silny, czy zna dużo kobiet? Nie umiałem nawet zaspokoić wszystkich, a potem cały wieczór się dąsała...

Później powrócił ojciec i znowu mówił o Jimie, a mnie czyniło się coraz boleśniej, coraz więcej gorzko.

Nie mogłem po prostu słuchać. Jim pobiegł od nas do miasteczka i pił od południa w zajeździe.