Potem zaś, mocno już nietrzeźwy, zeszedł ku wzgórzom Westhouse’u, pobił się z jakimś Cyganem i poturbował go tak nieszczęśliwie, że biedak podobno miał nie przeżyć nocy.
Ojciec sam spotkał Jima na wielkim gościńcu, posępnego jak gradowa chmura i gotującego się znieważyć pierwszego lepszego przechodnia.
— Mój Boże! — kończył staruszek, ze smutkiem trzęsąc siwą głową. — Co za czasy i jak to zmienia się wokoło wszystko! Ładnych będzie miał ten nieszczęśnik pacjentów, jeśli zawód swój rozpoczyna od łamania ludziom kości!
Edie, słuchając tego, raz po raz wybuchała takim serdecznym, zaraźliwym śmiechem, że w końcu zacząłem śmiać się również i pragnąłem zbagatelizować wszystko, choć w gruncie rzeczy wiadomości owe przejęły mnie i zmartwiły do głębi.
W dwa dni może później wypadło mi udać się do Corriemuir. Szedłem na przełaj, przez pastwiska dla owiec i nagle ujrzałem Jima, zbliżającego się w moją stronę wielkimi krokami.
Wyglądał jakby inny zupełnie mężczyzna, ani trochę niepodobny do tego, który był u nas tak niedawno, wesoły, starannie ubrany i pełen dowcipów i żartów.
Nie miał kołnierzyka ani też krawata, kamizelka zwisała mu niedbale, niezapięta, włosy były potargane, twarz zmieniona, chwiejny krok i cała postać zdradzały noc przepędzoną na piciu.
W ręku trzymał jesionową laskę i z jakąś bezmyślną zaciętością ścinał napotkane po obu stronach ścieżyny janowce, a połamane łodygi gęsto znaczyły ślad przejścia.
— Jak się masz? — szepnąłem serdecznie, z przyciskiem.
Ale rzucił mi tylko jedno z tych spojrzeń, które widywałem czasem w jego oczach w szkole, w chwilach, kiedy ogarniała go tak zwana pasja albo kiedy coś zawinił i nie chciał tego uznać, usiłując zuchwalstwem i pewnego rodzaju czelnością pokryć uczuwany w duchu brak słuszności.