Edie była wczoraj taka cudna, taka milutka, jak nigdy.
I usypiając, jeszcze szeptałem jej imię z uśmiechem, jeszczem powtarzał sobie, że naprawdę schwyciłem tę daleką tęczę i piersi rozpierała mi nadludzka prawie radość, iż — wprawdzie bez wybuchów i zbytnich uniesień, których ciągle od niej pragnąłem tak bardzo — zaczynała jednak przywiązywać się do mnie, do owego prostego Jacka Caldera z West Inch! Budziło się w niej serce?
Świadomość tego zapadła mi głęboko w duszę i była właśnie przyczyną owej niezwykłej rześkości. Podwójny poranek wstawał dla mnie.
Potem przyszło mi do głowy, że gdybym się pośpieszył, może bym zdążył wyjść z nią razem na przechadzkę, Edie miała bowiem zwyczaj odbywać długi spacer bardzo rano — zaraz po wschodzie słońca.
Alem się wybrał za późno.
Bo, kiedy znalazłem się przy drzwiach jej pokoju, zbadałem, że były tylko przymknięte, sypialnia zaś pusta.
— Cóż robić — westchnąłem mocno zły na siebie — wyjdę choć na jej spotkanie, może wrócimy razem.
Ze wzgórz ciągnących się w stronę Corriemuir doskonale widać całą okolicę, ponieważ są najwyższe, więc porwałem prędko kij sękaty i bez namysłu puściłem się w tym kierunku.
Dzień był pogodny, ale mroźny, i ciche powietrze mącił tylko miarowy łoskot bałwanów, rozbijających się o ostre brzegi, co nawet, pamiętam, mocno mnie zdziwiło, bo od kilku już dni nie było wiatrów w naszej okolicy.
Z pośpiechem wspinałem się po stromej, zygzakowato wijącej się ścieżce i pełną piersią wchłaniałem ożywcze, czyste, poranne powietrze, gwiżdżąc przy tym wesoło, aż w końcu, zdyszany trochę, dotarłem do szczytu, gęsto porośniętego przez karłowate krzaki i janowce.