Teraz szybkim spojrzeniem ogarnąłem przeciwległe zbocze i po chwili dojrzałem w dole Edie, a przy niej... sylwetkę Horscrofta.
Byli nawet względnie niedaleko, tak jednak zatopieni w rozmowie, iż nie dostrzegło mnie żadne.
Edie szła bardzo powoli, z lekko pochyloną głową, po ślicznej twarzy błąkał się dziwny, jej właściwy, wyraz, ten sam, który znałem tak dobrze.
Kiedy niekiedy odwracała głowę od towarzysza i rzucała jakieś krótkie słówko.
Jim postępował tuż przy niej i nie odrywał oczu od zgrabnej postaci. Widziałem nawet ciemne wypieki na śniadych policzkach, z szybkich ruchów ust i gorączkowych gestów domyślałem się treści rozmowy, jakichś słów palących...
Nagle przybliżył się więcej jeszcze, o coś pytał, o coś nalegał natarczywie. Edie z pieszczotą położyła mu dłoń na ramieniu. Minęła chwila, jak wiek długa dla mnie, potem Jim porwał tę rękę, pociągnął ją całą ku sobie, uniósł w górę i zaczął całować raz po raz, gorąco, namiętnie...
Nie byłem w stanie wydobyć głosu z gardła, ani też uczynić najmniejszego ruchu. Stałem tak, prawie zastygły, czując, że coraz więcej blednę, z sercem ciężkim jak ołów, z oczyma wżerającymi się w okrutny widok.
Obejmowała go teraz za szyję i przyjmowała pocałunki z takim samym uśmiechem, jak moje.
Postawił ją wreszcie na ziemi.
Musiało to być pożegnanie, bo potem nie uszli razem może i stu kroków, co już nie zdziwiło mnie wcale — tutaj mogli być dostrzeżeni z najwyższych okien West Inch.