Edie skinęła głową i oddalała się z wolna, on stał ciągle w tym samym miejscu i ścigał jej sylwetkę zachwyconym wzrokiem.
Zmogłem się, aż póki nie zniknęła za zakrętem drogi. Potem jąłem spuszczać się ze wzgórza, bez tchu, szalonym jakimś pędem, z chaosem piekących myśli, nie patrząc prawie przed siebie i oprzytomniałem dopiero, kiedym ujrzał przed sobą pobladłą lekko twarz Jima.
Usiłował się uśmiechnąć, szare oczy spotkały moje z lękliwym, niepewnym wyrazem.
— To ty, Jocku! — szepnął z cicha. — Na nogach już, tak rano?
— Widziałem was! — wyrwało się na wpół bezwiednie z moich ust ściśniętych.
W gardle czułem suchość tak nieznośną, że tylko rozpaczliwym wysiłkiem zdobyłem się na owe słowa.
— Doprawdy? — spytał z nagłą zaciętością.
Urwał i twarz jego przyoblekła nieugięty wyraz.
— Więc dobrze się stało — wyrzekł twardo. — Dziś jeszcze miałem być w West Inch i otwarcie rozmówić się z tobą. Uprzedziłeś tylko moje chęci.
— Piękny przyjaciel! — rzuciłem z pogardą.