— Jocku! — syknął boleśnie. — Jocku, pomówmy rozsądnie. Sam wyjaśnię ci wszystko. Patrz mi w oczy, zobacz, że nie kłamię. Spotkałem Edie... chciałem powiedzieć miss Calder... z rana pierwszego dnia pobytu w Berwick. Wtedy zdarzyły się okoliczności, które nakazały mi przypuszczać, że jest wolna, i w tym przekonaniu (przysięgam ci, że mówię prawdę) całą duszą rzuciłem się w ślady tego cudnego stworzenia. Potem... potem oznajmiłeś mi, że jest twoją narzeczoną i to był dla mnie chyba najcięższy cios w życiu. Wiadomość owa wprawiła mnie po prostu w obłęd. Odtąd dnie i noce spędzałem na burdach i bezustannej prawie pijatyce, i tylko szczęśliwym jakimś trafem nie znajduję się w tej chwili w więzieniu. Aż spotkałem ją po raz drugi (przypadkiem, na zbawienie duszy, klnę ci się, że to był tylko przypadek) i wtedy sama ze mną zaczęła rozmowę. Powiedziałem jej zaraz o tobie, ale wybuchnęła tylko śmiechem. Stosunek wasz nazwała najnaturalniejszym przywiązaniem zachodzącym zwykle między ciotecznym rodzeństwem, słowa twoje o sobie ochrzciła mianem dzieciństwa i głupstwa. Rozumiesz więc chyba, Jocku — ciągnął serdeczniej, jakby ze współczuciem — że nie jestem tak bardzo winny i że nie zasługuję na twoją pogardę, tym więcej, iż Edie przyrzekła mi solennie postępowaniem swoim z tobą przekonać cię, żeś się mylił, roszcząc sobie do niej, zupełnie zresztą bezzasadne, prawo. Z pewnością więc musiałeś zauważyć, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni unika cię rozmyślnie i nawet prawie nie rozmawia...
Z mojej krtani wybiegł śmiech zduszony, gorzki...
— O tak! — potwierdziłem dziko. — Bo nie dawniej niż wczoraj powiedziała mi właśnie, żem jest jedynym człowiekiem, którego kocha i jakiego kiedykolwiek mogłaby pokochać!
Horscroft okrył się trupią bladością, na chwilę zapadła między nami głucha cisza, potem uczułem ciężkie dotknięcie jego ręki na ramieniu, ponury, przeszywający wzrok wniknął we mnie niby kaleczące ostrza, jakby mnie pragnął przewiercić do głębi.
— Jocku Calderze — zaczął zmienionym i chrapliwie świszczącym głosem — Jock, dotąd nie zdarzyło mi się słyszeć od ciebie kłamstwa? Czy teraz... czy teraz nie prowadzisz także gry podwójnej? Mówisz całą prawdę, szczerze?! Postępujemy z sobą uczciwie, jak prawy mężczyzna z mężczyzną?...
— Powiedziałem prawdę, jakbym wyznał ją Bogu — wyrzekłem poważnie, ze smutkiem.
Znowu zaległo milczenie. Jim nie spuszczał ze mnie oczu, oczu wyrażających teraz ból niezmierny, twarz mu drgała i mieniła się, jak człowiekowi, w którym odbywa się ciężka, wewnętrzna walka.
Minuty za minutami upływały długie niby wieki.
— Ta kobieta drwi z nas obu, Jocku! — rzucił wreszcie z bólem, stłumionym półszeptem. — Ona drwi z nas obu, przyjacielu! — powtórzył nieprzytomnie. — Ciebie kocha w West Inch, mnie wśród tych śnieżnych wzgórz, a każdy z nas tyle jej nawet nie obchodzi, co liść zeszłoroczny! Potworne serce w czarującym łonie! Podajmy sobie ręce, bośmy jeszcze dawni przyjaciele, i zapomnijmy o tych piekielnych, wabnych42 oczach! Jest nikczemna!
Za wiele wymagał ode mnie.