Nie należałem jednak do tych, którzy potrafią rozpaczać nad stłuczonym dzbankiem.

Bo jeśli nie ma sposobu go skleić, a choćby też zdrutować, jedyną rzeczą, jaka przystoi mężczyźnie, jest — nie mówić o tym więcej.

Wprawdzie przez całe tygodnie uczuwałem potem piekący ból w sercu, a dziś nawet jeszcze — po tylu latach i po szczęśliwym małżeństwie — skoro pomyślę o tym smutnym roku, doznaję wrażenia, jakie się uczuwa przy rozdrapywaniu niezupełnie zabliźnionej rany. Ale wtedy usiłowałem wysoko nieść głowę, przede wszystkim zaś sumiennie dotrzymywałem obietnicy danej Jimowi w pamiętny ów dzień, na lśniącym od śniegów zboczu.

Byłem dla niej bratem, niczym innym.

Ale kochałem ją ciągle i nieraz przychodziły na mnie takie chwile, żem zaciskał zęby ile mi starczyło siły i zmagałem się z sobą, pragnąłem okazać twarz choćby spokojną.

Edie widziała doskonale, co się we mnie dzieje i rzekłbyś, że litowała się nade mną. Więc krążyła koło mnie, nawiązywała poufną rozmowę, ogarniała tym szczególnym, pół pieszczotliwym, trochę wyzywającym spojrzeniem i opowiadała cicho, jak często Jim bywa szorstki, jak trudno mu dogodzić i o ile szczęśliwsza czuła się w epoce, w której ja byłem dla niej dobry...

Wiem, że nie potrafiłaby nawet inaczej przemawiać: po prostu miała to we krwi, nie mogła być inna.

Podobne chwile przecież zdarzały się rzadko, częściej, znacznie częściej, dane mi było patrzeć na ich szczęście.

W całej okolicy mówiono o tej pięknej parze i o małżeństwie mającym nastąpić z chwilą zdobycia przez niego dyplomu.

Ponieważ zaś Berwick leżało daleko i narzeczeni nie mogli się widywać dłużej, co tydzień przychodził do West Inch i spędzał z nami cztery doby.