Rodzice moi uradowani byli losem, jaki spotykał tak „niespodziewanie” Edie, ja również do ogólnego chóru usiłowałem dołączyć swą cząstkę.

Z początku jednak panowały pomiędzy nami stosunki oziębłe.

Nie była to już owa stara, szkolna przyjaźń, przesłoniło ją wspomnienie tego mroźnego poranka i smukła postać dziewczyny z wymownym uśmiechem... Dopiero później, później, kiedy minęła pierwsza fala bólu, uznałem w głębi duszy, że jednak postąpił uczciwie i że — w gruncie rzeczy — nie mam żadnego powodu teraz jeszcze żywić do niego urazę.

I znowu byliśmy przyjaciółmi — a przecież do pewnych tylko, ściśle określonych, granic.

On zaś zapomniał jej wszystkiego złego, jak nie pamiętał obelg, które rzucał jej w twarz wtedy... Myślę, że całowałby nawet ślad, jaki trzewiczki Edie czasem odciskały w błocie...

Kiedy niekiedy wybieraliśmy się — we dwóch tylko — na bardzo dalekie spacery. O jednym z nich chcę właśnie mówić.

Dnia tego od dawna już pozostawiliśmy za sobą zbocza okryte w świeżą zieleń strojnymi krzakami janowców, minęliśmy nawet Brampton House i okrążyli43 ogromny klomb sosen, chroniący domek majora Elliotta od groźnych morskich wiatrów.

Rozpoczynała się wiosna.

A właściwie ta prawdziwa wyprzedziła kalendarzową — i tak znacznie, że już w końcu kwietnia wszystkie drzewa obsypały się młodymi liśćmi.

Ciepło było, jakby w pogodny dzień letni.